Kiedy wchodzę do salonu, wszyscy już zajmują miejsca przed telewizorem. Nawet Alice, która weszła po mnie już rozsiada się na kanapie z talerzem pełnym słodkości. Patrzę się na nią śmiejąc się.
- No co? -pyta zdezorientowana - Trzeba korzystać póki można -dodaje śmiejąc się.
Kątem oka zerkam na Haymitcha. Nie rozumiem jego wybuchu złości.. Nie rozumiem co się dzieje w ostatnim czasie. Lecz on rozmawia swobodnie z Mike'm. Chwila, CO? Jakim cudem oni normalnie ze sobą gadają? Odwracam głowę i automatycznie pojawia się na ekranie młody, dopiero zaczynający komentator. Caesar Flickerman. Flickerman zaczął swoją pracę rok temu, podczas 49 igrzysk. Wydaje się być sympatyczny, często żartuje. Cechuje się go tym że zazwyczaj podczas wywiadów próbuje przedstawić trybuta z jak najlepszej strony. A że pochodzi z Kapitolu, musi być dość.. dziwny, w kwestii ubioru rzecz jasna. Rok temu Caesar włosy, brwi jak i usta miał w kolorze liliowym. W tym roku za to jest to jaskrawa zieleń. Kapitolczyk, kapitolczykiem zostanie.
Przez to rozmyślanie straciłam jego mowę wstępną, pewnie nie była za ciekawa. Wszystkich interesują zdobyte punkty. Na początku chłopacy, później dziewczyny. Czyli będę przedostatnia.
Na ekranie pojawia się ten mały dwunastolatek z jedynki. Dostaje cztery punkty. Pewnie jego rodzina nie jest zbytnio zadowolona.. Potem pojawia się brat śmiercionośnej trybutki z tego samego dystryktu, obok niego dziesiątka. No to pięknie. Rubby razem z Clarisse dostały również po dziesiątce. Oczywiście ci z 2, również dostają taką samą ocenę pomijając jedną dziewczynę która otrzymała ósemkę. Słabo jak na nich. Następnie na ekranie pojawiają się dzieciaki z 3. Tradycyjnie dostają po cztery-pięć punktów. I nagle pojawia się trybutka z czwórki. Mam wrażenie że ją kojarzę.. Flickerman przedstawia ją jako Rose Vellin. Dostaje dziesiątke, ale co się dziwić; zawodowiec. Kolejni trybuci dostają nie więcej niż siedem punktów, choć jest to lekkim zaskoczeniem, zazwyczaj nie przekraczają piątki. Ta ruda z dystryktu ósmego, dostaje ósemkę. Nie mogę być od niej gorsza. Po prostu nie mogę. Dwunastolatka z dziewiątki dostaje trzy punkty. Narazie jest najniżej punktowana. Współczuje jej, ale za razem mam nadzieje że czeka ją szybka i bezbolesna śmierć. Miły chłopak z dziesiątki otrzymuje dziewięć punktów. Założe się że zawodowcy już chcą mieć z nim sojusz, pomimo tego wyniku. Wystarczy zobaczyć jak walczy. I przychodzi czas na nasz dystrykt. Pierw wyświetla się Mike, zdobył dziesięć punktów. Aż dziesięć. Wszyscy zaczynają mu gratulować, to dość wysoki wynik jak na nasz dystrykt. Chwilę później pojawia się Abernathy, chwila niecierpliwości i obok niego pojawia się jedenastka. Nie mogę uwierzyć. Wstaję z miejsca i rzucam się mu na szyję. Nie koniecznie kontroluję to co robię, sam Haymitch zdziwił się że go przytuliłam. Jednak o dziwo odwzajemnia to, po czym odsuwa mnie od siebie.
- Jak ty to zrobiłeś? -pyta Hunter jednocześnie zamawiając szampana.
- Tak jak mówiłem; tajemnica -odpowiada Haymitch z uśmiechem na ustach.
Zaraz po nim pojawiam się ja. Ciekawi mnie tylko skąd oni mają nasze zdjęcia? Obok mojej głowy pojawia się dziesiątka. Moje serce przestaje na chwilę bić, a ja nadal nie mogę uwierzyć. Czy to jakiś głupi żart? Wszyscy gapią się na mnie mówiąc, że "improwizacja się opłaca" i chyba mają rację. W życiu nie byłam bardziej szczęśliwa. Patrzę kątem oka. Obok Alice pojawia się dziewiątka. To też nieźle. Calla, Hunter i Lesile zaczynają świętować, a my przyłączamy się do nich. Po raz pierwszy od wielu lat mamy szansę na wygraną.
***
Biegnę ciemną drogą, za mną pojawia się ósemka. Ta przebiegła ruda trybutka.. Trzyma w ręce nóż.
- Myślałaś że mnie przechytrzysz, co? Nie ze mną takie żarty.
Już otwieram usta żeby coś powiedzieć, lecz zanim to zrobię, jej nóż trafia prosto w moje serce, tak jak to ja robiłam na pokazie.
Budzę się z krzykiem. Nie wątpię że obudziłam wszystkich trybutów. Słyszę kroki w moją stronę. W pełni przekonana że to pewnie ósemka, szukam czegoś ostrego w zanadrzu, ale oczywiście nie znajduje. Jeszcze jakiś trybut mógłby popełnić samobójstwo. W drzwiach pojawia się Haymitch.
- Wszystko w porządku? -pyta z troską w głosie.
Jeszcze nigdy nie słyszałam u niego takiego tonu, nigdy.
- Tak.. to był tylko sen.
- Oh, to okej. -kieruje się do wyjścia. Jakaś część mnie chciałaby żeby został..
- Haymitch?
- Hm..?
- Zostaniesz? -po tym pytaniu widzę zmieszanie na jego twarzy. Ja nie powinnam. Znowu zadaję pytanie którego żałuję. Jednak coś mówi mi że właśnie tego potrzebuje, żeby ktoś przy mnie był.
- Jasne, tylko zrób mi miejsce -mówi uśmiechając się.
Przesuwam się, a Abernathy wsuwa się pod kołdrę. Automatycznie wtulam się w jego bok a on mnie obejmuje. Praktycznie zasypiam kiedy przychodzi mi pewna myśl.. Co by powiedziała mama? Pewnie coś w stylu "Co ty sobie wyobrażasz" czy też "Jesteś za młoda!". Ale moja rodzicielka jest daleko stąd a ja niedługo umrę. Zginę. Jak zwał tak zwał. Mocniej przytulam się do partnera z dystryktu i odpływam.
***
Budzę się ale nie otwieram oczu. To co się wczoraj stało, to tak jakby był to sen. Obracam się na bok gdzie wczoraj leżał Haymitch. Pod moją ręką wyczuwam tylko kawałek kartki. Z niechęcią otwieram oczy i czytam.
"Musiałem się zmyć, Calla zrobiłaby niezłą aferę. Mam nadzieję że uda nam się to kiedyś powtórzyć.
~H"
Mimowolnie się uśmiecham. Tylko, dlaczego on tak na mnie działa? Yhh.
Szybko wślizguje się pod prysznic słysząc Callę która powtarza swój tekst mówiąc że czeka nas dzisiaj wielki wielki wielki dzień. Zignorowałabym to ale po chwili wpada moja ekipa przygotowawcza. Pierw Maryse, Toto i na końcu Connie, na jej widok kąciki ust się podnoszą. Polubiłam ją mimo tego że praktycznie nie gadałyśmy.
- To jak jesteś gotowa? -pyta Toto z akcentem. Już mnie wkurzył.
- Zaczynajmy -mówię niepewnie.
Następne dwie godziny to czysty absurd. Jestem wręcz torturowana. Co chwilę nakładają na moje ciało najróżniejsze mazie, balsamy, płyny o których istnieniu nie miałam pojęcia. Podobnie jest z włosami. W gratisie słyszę najnowsze plotki z Kapitolu, kto co miał na sobie czy też że ktoś wyglądał okropnie. Jedynie Connie co jakiś czas informuje mnie o tym co mam na sobie czy też co się ze mną dzieje.
- Nieznoszę ich gadaniny -mówi Connie po czym zajmuje się moimi paznokciami.
Jedynie przytakuje, bo nie przebiłabym się przez głosy Toto i Maryse. W końcu mówią mi że to koniec i żebym poczekała na Petty.
Po chwili wchodzi różowa sukienka, po niej dopiero moja stylistka. Tradycyjnie wygląda przekomicznie, zwłaszcza z tą sukienką. Za nią idzie awoks; poznaje go po tym jak przełyka ślinę, noszący prawdopodobnie moją suknię.
- Zamknij oczy złotko i pozwól mi działać -mówi Petty. O mały włos a puściłabym pawia na słowo 'złotko'. Aż przechodzi mnie dreszcz. Pomimo to na jej prośbę zamykam oczy. Czuję jak moje ciało otula przyjemna tkanina, na twarzy śmigają pędzelki, a przy włosach czuję ciepło.
- Teraz je otwórz i podziwiaj.
Wykonuję jej polecenie. Ale w lustrze nie stoi Maysilee. Stoi jej piękniejszy odpowiednik. Wyglądam niesamowicie. Włosy mamy wyprostowane i lekko z tyłu upięte. Na twarzy mam mocniejszy makijaż niż podczas parady trybutów, ale pomimo to jest to zaledwie kreska eyelinerem. Policzki są lekko zaróżowione. A suknia? Istne cudo. Pomimo dziwacznego wyglądu Petty zna się na rzeczy. Sukienka sięga mi do kolan, jest ciemno niebieska i na ramiączkach. Wyglądam oszałamiająco.
- No to teraz mogę iść podbić Kapitol -mówię uśmiechając się.
_______________________________________________________
Rozdział jest szybciej niż się spodziewałam! :D Mam nadzieje że mnie nie zlinczujecie za ten fragment z May i Haymitchem, takie troche zżynanie z Peetniss ale cii ;-; Z zaciekawieniem, jak zawsze czekam na wasze komentarze ^^ I życzcie mi weny! ;o
Po za tym zaczęłam pisać o pierwszych igrzyskach głodowych, tu macie linka; http://firsthungergames.blogspot.com/
Zapraszam i dzięki że czytacie,
Clove.
niedziela, 25 maja 2014
sobota, 24 maja 2014
V
Kolejny dzień na treningu minął podobnie jak poprzedni. Popisywanie się zawodowców, groźne spojrzenia ze strony rudej z 8, oraz pogadywanie Haymitcha. Chyba zaczynam go lubić.
- Szczerze ci powiem że jestem mile zaskoczony. Myślałem że sobie nie poradzisz -mówi z uśmiechem.
Również się uśmiecham, bo co mi innego zostało?
- Cóż, talent -zaczynam się śmiać.
Zaraz po treningu, jedziemy na 12 piętro gdzie czeka na nas poddenerwowana Calla.
- Co wy sobie w ogóle wyobrażacie? Alice i Mike wrócili godzinę temu! Idźcie jeść..
Po raz pierwszy widziałam ją tak zdenerwowaną. No dobra drugi. Wtedy po paradzie. Nie rozumiem jej nadpobudliwości. Przecież mogliśmy zjeść równie dobrze wieczorem.
- Jak myślisz o co jej chodzi? -pytam, nakładając kolejne udko na talerz.
- Nie mam pojęcia. Zazwyczaj nikt się nie martwi tu o nas, trybutów. -mówi Haymitch z pełnym przekonaniem.
Szybko kończę i idę do siebie. Już niedługo to się skończy, już nie będę musiała tutaj być. Kieruję się w stronę łazienki. Przytłoczył mnie dzisiejszy trening i dziwne zachowanie Calli. Wchodzę pod prysznic i otula mnie ciepła woda z odrobiną płynu o zapachu cytryny. Wreszcie, chwila relaksu. Owijam się w ręcznik i nie zważając na to że ciągle jestem cała mokra kładę się do łóżka, pogrążając w sen.
***
*2 dni później*
- Szykuje się wielki, wielki, wielki dzień! -pokrzykuje Calla.
Wczoraj uspokoiła się i przy śniadaniu przeprosiła mnie i Haymitcha. Tłumaczyła to niewyspaniem, ale według mnie i tak chodzi o coś więcej. Czyżby zaczęło jej zależeć na trybutach..? To nie możliwe. Przecież zaledwie pare dni temu błagała wręcz o inny dystrykt. Zrywam się z łóżka. Nie rozumiem dlaczego ma być to 'wielki dzień'. Zaledwie pokaz indywidualny. Wielki? Może i tak. Ale nie zasługuje na miano wielki x3. Po ich cholernej punktacji pozostali trybuci ocenią czy jest w nas zagrożenie. Zazwyczaj w 12, zdobywamy nie więcej niż 7 punktów.
Przy śniadaniu wszyscy są podekscytowani i co chwilę mówią co przedstawią.
- Myślę że strzelę z łuku -nawija Alice. - Albo porzucam nożami.. sama nie wiem.
Jej monolog trwa już dobre 20 minut. Razem z mentorami oceniają jak wysoko może być punktowana każda zdolność. W ich gwarze wyłapuje jedynie że Mike chce posłużyć się mieczem, a Haymitch, jak to on mówi że to 'tajemnica'.
- A ty co zaprezentujesz Maysilee? -pyta Lesile wyrywając mnie z zamyślenia.
- Szczerze, to się nie zastanawiałam nad tym. Chyba będę.. improwizować.
- Zuch dziewczyna -mówi śmiejąc się Hunter. Czasem, czyli kiedy jest w miarę trzeźwy można z nim całkiem normalnie pogadać.
Przez resztę śniadania słychać jedynie rozmowę na temat 'talentów' i umiejętności Haymitcha. Odchodzę od stołu jako pierwsza dziękując za posiłek.
Zamiast iść do pokoju, kieruje się na nasz taras, balkon. Sama nie wiem jak nazwać to magiczne miejsce. Co ja mam im zaprezentować? W sumie mam niezłego cela.. ale z nożami wole nie ryzykować. Jestem szybka i zwinna, ale przecież nie będę biegać podczas pokazu indywidualnego, litości. A może by tak kamuflaż.. Byłoby okej gdyby nie to że kompletnie nie posiadam talentu artystycznego.
- Nie przeszkadzam? -na głos Mike'a nieruchomieje, moje ciało odmawia posłuszeństwa. Czuję się jakby już trafiła na arenę. May, przecież to twój przyjaciel..
- Skądże. Może przydasz mi się, bo kompletnie nie wiem co pokazać organizatorom.. -mówię z lekkim uśmiechem. Cieszę się gdy widzę że on również się uśmiecha.
- Z twoim talentem plastycznym.. -zaczyna ale nie daje mu dokończyć, szturchając go w stronę roślin - Spokojnie, spokojnie May. -mówi z uśmiechem.
Potem zaczynamy gadać, normalnie o tym co się u nas działo przez ten czas naszej 'rozłąki', jak się miewają, a raczej miewały rodziny przed naszym wyjazdem, aż w końcu przechodzimy do wyzywania Kapitolu i zastanawiania się nad sensem igrzysk. Prawdopodobnie jest tu podsłuch, ale kto zabije trybutów w przeddzień trafienia na arenę?
- Mam nadzieję że kiedyś znajdzie się ktoś, kto to powstrzyma -mówię, w pełni przekonana. Widząc że twarz Mike'a nabiera poważniejszego wyrazu dodaję - Co się stało?
- May myślisz, że gdyby.. w sensie gdyby nie te igrzyska to.. to.. może.. dobra nie ważne -urywa krótko.
- Co "może"? -ignoruje moje pytanie -Mike, zaczynasz mnie wkurzać.. Powiedz o co chodzi.
- Czy gdyby nie igrzyska mielibyśmy szanse?
- Szanse na co? -O MÓJ BOŻE, jemu chyba nie o to chodzi..
- O normalne życie, razem.
Dużo się nie pomyliłam.
- Wiesz że normalne życie nie jest możliwe w dystryktach.. -po chwili dodaję -Ale zawsze moglibyśmy spróbować.
- Na prawdę?
- No wiesz.. co z tego że za 2 dni będziemy się zabijać.. Ale zawsze byłeś dla mnie kimś więcej niż przyjacielem.
- Jesteś tego pewna?
Ale zamiast odpowiedzieć podchodzę do niego i go całuję. Nie wiem skąd nagle we mnie tyle odwagi(?). Po prostu bardzo mi go brakowało. Stoimy tak jeszcze chwilę w swoich objęciach aż w końcu uświadamiam sobie że powinniśmy już iść..
- Mike, chyba powinniśmy iść na salę treningową..
On jedynie kiwa głową. Odsuwamy się od siebie, ale on nie puszcza mojej ręki. Dzięki temu czuje się bezpieczna, na tyle na ile można czuć się bezpiecznym w Kapitolu.
***
- Mike Ellison, dystrykt 12. Proszę zgłosić się do oceny indywidualnej.
Chłopak szybko podnosi się z miejsca, ale zanim to zrobi szepcze mu do ucha szybkie powodzenia i daję całusa w policzek. Już mnie nie obchodzi co sądzą inni. Muszę się cieszyć czasem który nam został. Mi został. Kiedy Mike znika za drzwiami odwraca się do mnie Haymitch.
- No proszę proszę. Dwójka nieszczęśliwych kochanków z 12! -mówi śmiejąc się.
- Oh, zamknij się.
- A więc taka jest twoja taktyka. Niespodziewałem się Maysilee.
- Czyżby już nie May? -pytam kpiąco.
Nie rozumiem dlaczego jest taki.. nerwowy? Nie, to słowo definiuje się jako; ZAZDROSNY. Po dłuższej chwili ciszy zadaję kolejne pytanie.
- Czy ty aby nie jesteś.. zazdrosny? -pytam wręcz wypluwając te słowa. Gdyby czas można było cofnąć, nie spytałabym.
- Niby o kogo? O ciebie? Że migdalisz się z nim na każdym kroku? Oh, nie oczywiście skarbie że nie jestem zazdrosny.
Już mam coś powiedzieć kiedy przerywa mi miły głos jakiejś babki.
- Haymitch Abernathy, dystrykt 12. Proszę zgłosić się do oceny indywidualnej.
Haymitch wstaje, odwraca się i pyta kpiąco.
- Mi już nie życzysz powodzenia?
I znika za drzwiami. Na myśl przychodzą mi różne rzeczy.. czy aby Haymitch coś do mnie czuje..? To nie możliwe. A nawet jeśli to przecież jesteśmy przyjaciółmi. Został jeszcze Mike. Tylko.. czy ja coś do niego czuje? Czy to nie była tylko tęsknota za bliską osobą? Czuje się zagubiona. Kiedy znowu odzywa się ten głos. Alleluja.
- Maysilee Donner, dystrykt 12. Proszę zgłosić się do oceny indywidualnej.
Wstaję i powolnym krokiem kieruje się do drzwi. Nadal nie mam pojęcia co zaprezentuję. Drzwi otwierają się, a ja widzę coś podobnego do naszej sali treningowej. Jest nieco mniejsza ale tak samo bogato wyposażona. Z góry przyglądają mi się organizatorzy igrzysk jak i moi przyszli sponsorzy. No cóż, trzeba zrobić dobre wrażenie.
- Maysilee Donner, dystrykt 12.
Widzę że są już upici i znudzeni. Główny organizator igrzysk - Alem Peor. Wygląda z nich na najbardziej trzeźwego, ale jedynie kiwa głową i przypomina że mam 15 minut.
Postanawiam zaryzykować, biorę noże. Ustawiam się po czym nóż sam wyślizguje mi się z ręki. O dziwo trafiam w sam środek. Zaskoczyło to zgromadzonych, tak bardzo że niektórzy zaczęli bić brawo. Więc nadal rzucałam, za każdym razem trafiając w samo 'serce' bądź 'głowę' kukły. Po 15 minutach dziękują i proszą o opuszczenie. Posłusznie wykonuje ich polecenie i wchodzę.
_________________________________________________
Wiem że troche musieliście na niego czekać ale cóż poradzę, nie miałam praktycznie weny, co napisałam nadawało się do śmieci. Choć nie twierdzę że jestem zadowolona z tego rozdziału. Chciałam jakoś May połączyć z Abernathym ale.. ;c Z przyjemnością czekam na wasze komentarze jak i zapraszam do czytania. Następny rozdział postaram się dodać niebawem czyli może jeszcze w weekend ^^
- Szczerze ci powiem że jestem mile zaskoczony. Myślałem że sobie nie poradzisz -mówi z uśmiechem.
Również się uśmiecham, bo co mi innego zostało?
- Cóż, talent -zaczynam się śmiać.
Zaraz po treningu, jedziemy na 12 piętro gdzie czeka na nas poddenerwowana Calla.
- Co wy sobie w ogóle wyobrażacie? Alice i Mike wrócili godzinę temu! Idźcie jeść..
Po raz pierwszy widziałam ją tak zdenerwowaną. No dobra drugi. Wtedy po paradzie. Nie rozumiem jej nadpobudliwości. Przecież mogliśmy zjeść równie dobrze wieczorem.
- Jak myślisz o co jej chodzi? -pytam, nakładając kolejne udko na talerz.
- Nie mam pojęcia. Zazwyczaj nikt się nie martwi tu o nas, trybutów. -mówi Haymitch z pełnym przekonaniem.
Szybko kończę i idę do siebie. Już niedługo to się skończy, już nie będę musiała tutaj być. Kieruję się w stronę łazienki. Przytłoczył mnie dzisiejszy trening i dziwne zachowanie Calli. Wchodzę pod prysznic i otula mnie ciepła woda z odrobiną płynu o zapachu cytryny. Wreszcie, chwila relaksu. Owijam się w ręcznik i nie zważając na to że ciągle jestem cała mokra kładę się do łóżka, pogrążając w sen.
***
*2 dni później*
- Szykuje się wielki, wielki, wielki dzień! -pokrzykuje Calla.
Wczoraj uspokoiła się i przy śniadaniu przeprosiła mnie i Haymitcha. Tłumaczyła to niewyspaniem, ale według mnie i tak chodzi o coś więcej. Czyżby zaczęło jej zależeć na trybutach..? To nie możliwe. Przecież zaledwie pare dni temu błagała wręcz o inny dystrykt. Zrywam się z łóżka. Nie rozumiem dlaczego ma być to 'wielki dzień'. Zaledwie pokaz indywidualny. Wielki? Może i tak. Ale nie zasługuje na miano wielki x3. Po ich cholernej punktacji pozostali trybuci ocenią czy jest w nas zagrożenie. Zazwyczaj w 12, zdobywamy nie więcej niż 7 punktów.
Przy śniadaniu wszyscy są podekscytowani i co chwilę mówią co przedstawią.
- Myślę że strzelę z łuku -nawija Alice. - Albo porzucam nożami.. sama nie wiem.
Jej monolog trwa już dobre 20 minut. Razem z mentorami oceniają jak wysoko może być punktowana każda zdolność. W ich gwarze wyłapuje jedynie że Mike chce posłużyć się mieczem, a Haymitch, jak to on mówi że to 'tajemnica'.
- A ty co zaprezentujesz Maysilee? -pyta Lesile wyrywając mnie z zamyślenia.
- Szczerze, to się nie zastanawiałam nad tym. Chyba będę.. improwizować.
- Zuch dziewczyna -mówi śmiejąc się Hunter. Czasem, czyli kiedy jest w miarę trzeźwy można z nim całkiem normalnie pogadać.
Przez resztę śniadania słychać jedynie rozmowę na temat 'talentów' i umiejętności Haymitcha. Odchodzę od stołu jako pierwsza dziękując za posiłek.
Zamiast iść do pokoju, kieruje się na nasz taras, balkon. Sama nie wiem jak nazwać to magiczne miejsce. Co ja mam im zaprezentować? W sumie mam niezłego cela.. ale z nożami wole nie ryzykować. Jestem szybka i zwinna, ale przecież nie będę biegać podczas pokazu indywidualnego, litości. A może by tak kamuflaż.. Byłoby okej gdyby nie to że kompletnie nie posiadam talentu artystycznego.
- Nie przeszkadzam? -na głos Mike'a nieruchomieje, moje ciało odmawia posłuszeństwa. Czuję się jakby już trafiła na arenę. May, przecież to twój przyjaciel..
- Skądże. Może przydasz mi się, bo kompletnie nie wiem co pokazać organizatorom.. -mówię z lekkim uśmiechem. Cieszę się gdy widzę że on również się uśmiecha.
- Z twoim talentem plastycznym.. -zaczyna ale nie daje mu dokończyć, szturchając go w stronę roślin - Spokojnie, spokojnie May. -mówi z uśmiechem.
Potem zaczynamy gadać, normalnie o tym co się u nas działo przez ten czas naszej 'rozłąki', jak się miewają, a raczej miewały rodziny przed naszym wyjazdem, aż w końcu przechodzimy do wyzywania Kapitolu i zastanawiania się nad sensem igrzysk. Prawdopodobnie jest tu podsłuch, ale kto zabije trybutów w przeddzień trafienia na arenę?
- Mam nadzieję że kiedyś znajdzie się ktoś, kto to powstrzyma -mówię, w pełni przekonana. Widząc że twarz Mike'a nabiera poważniejszego wyrazu dodaję - Co się stało?
- May myślisz, że gdyby.. w sensie gdyby nie te igrzyska to.. to.. może.. dobra nie ważne -urywa krótko.
- Co "może"? -ignoruje moje pytanie -Mike, zaczynasz mnie wkurzać.. Powiedz o co chodzi.
- Czy gdyby nie igrzyska mielibyśmy szanse?
- Szanse na co? -O MÓJ BOŻE, jemu chyba nie o to chodzi..
- O normalne życie, razem.
Dużo się nie pomyliłam.
- Wiesz że normalne życie nie jest możliwe w dystryktach.. -po chwili dodaję -Ale zawsze moglibyśmy spróbować.
- Na prawdę?
- No wiesz.. co z tego że za 2 dni będziemy się zabijać.. Ale zawsze byłeś dla mnie kimś więcej niż przyjacielem.
- Jesteś tego pewna?
Ale zamiast odpowiedzieć podchodzę do niego i go całuję. Nie wiem skąd nagle we mnie tyle odwagi(?). Po prostu bardzo mi go brakowało. Stoimy tak jeszcze chwilę w swoich objęciach aż w końcu uświadamiam sobie że powinniśmy już iść..
- Mike, chyba powinniśmy iść na salę treningową..
On jedynie kiwa głową. Odsuwamy się od siebie, ale on nie puszcza mojej ręki. Dzięki temu czuje się bezpieczna, na tyle na ile można czuć się bezpiecznym w Kapitolu.
***
- Mike Ellison, dystrykt 12. Proszę zgłosić się do oceny indywidualnej.
Chłopak szybko podnosi się z miejsca, ale zanim to zrobi szepcze mu do ucha szybkie powodzenia i daję całusa w policzek. Już mnie nie obchodzi co sądzą inni. Muszę się cieszyć czasem który nam został. Mi został. Kiedy Mike znika za drzwiami odwraca się do mnie Haymitch.
- No proszę proszę. Dwójka nieszczęśliwych kochanków z 12! -mówi śmiejąc się.
- Oh, zamknij się.
- A więc taka jest twoja taktyka. Niespodziewałem się Maysilee.
- Czyżby już nie May? -pytam kpiąco.
Nie rozumiem dlaczego jest taki.. nerwowy? Nie, to słowo definiuje się jako; ZAZDROSNY. Po dłuższej chwili ciszy zadaję kolejne pytanie.
- Czy ty aby nie jesteś.. zazdrosny? -pytam wręcz wypluwając te słowa. Gdyby czas można było cofnąć, nie spytałabym.
- Niby o kogo? O ciebie? Że migdalisz się z nim na każdym kroku? Oh, nie oczywiście skarbie że nie jestem zazdrosny.
Już mam coś powiedzieć kiedy przerywa mi miły głos jakiejś babki.
- Haymitch Abernathy, dystrykt 12. Proszę zgłosić się do oceny indywidualnej.
Haymitch wstaje, odwraca się i pyta kpiąco.
- Mi już nie życzysz powodzenia?
I znika za drzwiami. Na myśl przychodzą mi różne rzeczy.. czy aby Haymitch coś do mnie czuje..? To nie możliwe. A nawet jeśli to przecież jesteśmy przyjaciółmi. Został jeszcze Mike. Tylko.. czy ja coś do niego czuje? Czy to nie była tylko tęsknota za bliską osobą? Czuje się zagubiona. Kiedy znowu odzywa się ten głos. Alleluja.
- Maysilee Donner, dystrykt 12. Proszę zgłosić się do oceny indywidualnej.
Wstaję i powolnym krokiem kieruje się do drzwi. Nadal nie mam pojęcia co zaprezentuję. Drzwi otwierają się, a ja widzę coś podobnego do naszej sali treningowej. Jest nieco mniejsza ale tak samo bogato wyposażona. Z góry przyglądają mi się organizatorzy igrzysk jak i moi przyszli sponsorzy. No cóż, trzeba zrobić dobre wrażenie.
- Maysilee Donner, dystrykt 12.
Widzę że są już upici i znudzeni. Główny organizator igrzysk - Alem Peor. Wygląda z nich na najbardziej trzeźwego, ale jedynie kiwa głową i przypomina że mam 15 minut.
Postanawiam zaryzykować, biorę noże. Ustawiam się po czym nóż sam wyślizguje mi się z ręki. O dziwo trafiam w sam środek. Zaskoczyło to zgromadzonych, tak bardzo że niektórzy zaczęli bić brawo. Więc nadal rzucałam, za każdym razem trafiając w samo 'serce' bądź 'głowę' kukły. Po 15 minutach dziękują i proszą o opuszczenie. Posłusznie wykonuje ich polecenie i wchodzę.
_________________________________________________
Wiem że troche musieliście na niego czekać ale cóż poradzę, nie miałam praktycznie weny, co napisałam nadawało się do śmieci. Choć nie twierdzę że jestem zadowolona z tego rozdziału. Chciałam jakoś May połączyć z Abernathym ale.. ;c Z przyjemnością czekam na wasze komentarze jak i zapraszam do czytania. Następny rozdział postaram się dodać niebawem czyli może jeszcze w weekend ^^
sobota, 26 kwietnia 2014
IV
Jestem zdziwiona. Wchodzę do wielkiej sali, bogatej w najróżniejszą broń, tarcze, i tym podobne rzeczy. Wszystko jest pogrupowane, w pomniejsze stanowiska. Ciekawe, ludzie w dystryktach głodują, a Kapitol wydaje kase na igrzyska. Niebawem nie będzie miał kogo na nie posyłać. Okazuje się że w tym roku trzeba było wybudować nową salę treningową ze względu na ilość trybutów. Przychodzimy jako jedni z pierwszych, obok nas stoją dzieciaki z 9. Dziewczyny mają po mniej więcej 12 lat, a chłopacy? Pewnie się zgłosili, na oko mają 18 lat, są wysocy i nieźle zbudowani. Niestety zbyt pewni siebie, przez to że rok temu wygrała trybutka z ich dystryktu. Po chwili dołączają do nas trybuci z innych dystryktów.
- Proszę o ciszę! -krzyknęła żeby przebić się przez szum. -Nazywam się Lana, jestem waszą trenerką, opiekunką, nazywajcie to jak chcecie.
Natychmiast nastała cisza. Nieprawdopodobne było skupienie wszystkich na tym co mówi Lana.
- W ciągu dwóch tygodni 47 z was zginie. Jedno przeżyje. Wykażcie się pilnością w trakcie tych 4 dni i pamiętajcie to co powiem; raz, nie wdajemy się w bójki z innymi, na to przyjdzie czas na arenie. 4 treningi są obowiązkowe, reszta to trening indywidualny. Nie lekceważcie sztuki przetrwania, każdy chce chwycić za miecz, ale większość z was zginie z przyczyn naturalnych. Nieuwaga zabija równie skutecznie jak nóż. Możecie przystąpić do stanowisk, tyle ode mnie.
Automatycznie grupa zawodowców podeszła do stanowiska z nożami i mieczami. Ja udałam się do stanowiska z linami, nigdy nie umiałam zawiązać porządnego supła. W między czasie przyglądałam się zawodowcom. Kojarzę dwóch z jedynki; dobrze zbudowane, blond rodzeństwo. O ile się nie myle siostra nazywała się Rubby. Obok nich stała szczupła i niska brunetka, krzyczeli na nią Clarisse. Również była z 1. Tuż obok nich stali pokaźnej budowy dwaj chłopacy z dwójki, obydwaj o czarnych włosach i groźnych spojrzeniach. Obok nich stały wysokie i dobrze zbudowane blondynki rozmawiające i co jakiś czas chichoczące, tak jakby bawiła je ta cała sytuacja. Jedną z nich kojarzę z relacji dożynek, nazywa się Dalla i walnęła swojego chłopaka w twarz, kiedy prosił, wręcz błagał żeby się nie zgłaszała. Tak więc Rubby zręcznie posługiwała się toporem, jej brat swoim mieczem wyrządził szkody kilku kukłom, Clarisse uwielbiała rzucać nożami w sam środek serca atrapy. Ci z 2 specjalizowali się głównie w walce mieczem, nic specjalnego, a te chichoczące blondyny? Istne maszyny do zabijania. W walce nie miałabym z nimi szans, niesamowicie władają siekierą. Moją uwagę przy kłuł chłopiec stojący nieco dalej od nich, ledwie trzymający nóż w ręce 12-latek, również trybut z 1. Zazwyczaj zgłaszają się za takich małych, ciekawe. Skończyłam zaplatać mój nieudany węzeł i podeszłam do stanowiska z jadalnymi i niejadalnymi roślinami. Byłam w tym całkiem niezła, co docenił opiekun tej pozycji. Niedługo potem dołączył się do mnie Haymitch.
- I jak oceniasz trybutów? -zapytał z uśmiechem na ustach.
- Trudno będzie ich pokonać.. -przyznałam.
- Radziłbym ci potrenować zamiast skupiać się na sztuce przetrwania May..
- Mówisz do mnie May? -zaśmiałam się.
- A czemu nie? -rzucił, odchodząc do noży.
Przystanęłam na chwilę, i muszę przyznać że nieźle sobie radzi. Za jego radą podeszłam do łucznictwa, wybrałam podstawowy program i całkiem dobrze mi poszło. Może jednak nie zginę jako pierwsza? Tuż za mną stanęła 'ta bystra' dziewczyna z 8. Miała wręcz ogniście rude włosy i kiedy przejęła ode mnie łuk, otworzyłam buzię z niedowierzania. Była szybka, zwinna i nie chybiała. Po krótkiej analizie oceniłam że jestem do bani. Rudowłosa uśmiechnęła się do mnie. Nie, nie przyjacielsko. To był wredny uśmieszek typu "i tak jestem lepsza, nie pokonasz mnie". Już chciałam jej przywalić ale przypomniały mi się słowa Lany. Tak więc dziewczyna z 8 będzie moim pierwszym celem, o ile przeżyje. Postanowiłam spróbować swoich sił przy rozpalaniu ogniska. O dziwo spotkałam tam ogromnego chłopaka z 10, uśmiechnął się do mnie, jednak nie tak jak 8. Był to przyjazny uśmiech. Przykucnęłam obok niego czekając aż skończy i sama ucząc się jak rozpalać ognisko. Po 3 nieudanych próbach, wreszcie mi się udało. Chciałam jeszcze podejść do stanowiska z nożami, ale Lana ogłosiła żebyśmy wracali już na swoje piętra. Szybko dogonił mnie Mike.
- I jak wrażenia? -spytał.
- Mam wrażenie że polegnę jako pierwsza -powiedziałam ze śmiechem. To nie powinno być zabawne, ale w takich chwilach..
- Nie pozwolę na to. - powiedział, pełen powagi.
- Lepiej chodźmy już do windy.
Dołączyli do nas jeszcze Alice i Haymitch i wspólnie wsiedliśmy do windy, udając się na kolację. Jechaliśmy w ciszy, niemal słyszałam swoje bicie serca. Na miejscu czekali już na nas Lesile i Hunter. Calla niestety gorzej się poczuła, za co kazała im nas przeprosić.
- Na prawdę chciała przyjść -kontynuowała Lesile.
- No trudno, możemy już coś zjeść? -spytałam zniecierpliwiona.
- Oczywiście.
Udaliśmy się w stronę jadalni gdzie czekały na nas najróżniejsze smakołyki i pyszności. Nie mieliśmy czasu rozmawiać, zajadając się nimi. Dopiero z pełnymi brzuchami, byliśmy gotowi na rozmowę.
- To jak pierwszy dzień? -spytał Hunter.
Nie miałam pojęcia co odpowiedzieć, że pewnie zginę jako pierwsza? Że nie mam szans z nimi? Nasunęło mi się miliard takich pytań. Miałam już dość.
_________________________________
Kolejny, nieco krótszy, postaram się w najbliższym czasie napisać coś dłuższego, obiecuje! <3 Dzięki wam za cierpliwość i liczę że zostawicie komentarze. ^^
- Proszę o ciszę! -krzyknęła żeby przebić się przez szum. -Nazywam się Lana, jestem waszą trenerką, opiekunką, nazywajcie to jak chcecie.
Natychmiast nastała cisza. Nieprawdopodobne było skupienie wszystkich na tym co mówi Lana.
- W ciągu dwóch tygodni 47 z was zginie. Jedno przeżyje. Wykażcie się pilnością w trakcie tych 4 dni i pamiętajcie to co powiem; raz, nie wdajemy się w bójki z innymi, na to przyjdzie czas na arenie. 4 treningi są obowiązkowe, reszta to trening indywidualny. Nie lekceważcie sztuki przetrwania, każdy chce chwycić za miecz, ale większość z was zginie z przyczyn naturalnych. Nieuwaga zabija równie skutecznie jak nóż. Możecie przystąpić do stanowisk, tyle ode mnie.
Automatycznie grupa zawodowców podeszła do stanowiska z nożami i mieczami. Ja udałam się do stanowiska z linami, nigdy nie umiałam zawiązać porządnego supła. W między czasie przyglądałam się zawodowcom. Kojarzę dwóch z jedynki; dobrze zbudowane, blond rodzeństwo. O ile się nie myle siostra nazywała się Rubby. Obok nich stała szczupła i niska brunetka, krzyczeli na nią Clarisse. Również była z 1. Tuż obok nich stali pokaźnej budowy dwaj chłopacy z dwójki, obydwaj o czarnych włosach i groźnych spojrzeniach. Obok nich stały wysokie i dobrze zbudowane blondynki rozmawiające i co jakiś czas chichoczące, tak jakby bawiła je ta cała sytuacja. Jedną z nich kojarzę z relacji dożynek, nazywa się Dalla i walnęła swojego chłopaka w twarz, kiedy prosił, wręcz błagał żeby się nie zgłaszała. Tak więc Rubby zręcznie posługiwała się toporem, jej brat swoim mieczem wyrządził szkody kilku kukłom, Clarisse uwielbiała rzucać nożami w sam środek serca atrapy. Ci z 2 specjalizowali się głównie w walce mieczem, nic specjalnego, a te chichoczące blondyny? Istne maszyny do zabijania. W walce nie miałabym z nimi szans, niesamowicie władają siekierą. Moją uwagę przy kłuł chłopiec stojący nieco dalej od nich, ledwie trzymający nóż w ręce 12-latek, również trybut z 1. Zazwyczaj zgłaszają się za takich małych, ciekawe. Skończyłam zaplatać mój nieudany węzeł i podeszłam do stanowiska z jadalnymi i niejadalnymi roślinami. Byłam w tym całkiem niezła, co docenił opiekun tej pozycji. Niedługo potem dołączył się do mnie Haymitch.
- I jak oceniasz trybutów? -zapytał z uśmiechem na ustach.
- Trudno będzie ich pokonać.. -przyznałam.
- Radziłbym ci potrenować zamiast skupiać się na sztuce przetrwania May..
- Mówisz do mnie May? -zaśmiałam się.
- A czemu nie? -rzucił, odchodząc do noży.
Przystanęłam na chwilę, i muszę przyznać że nieźle sobie radzi. Za jego radą podeszłam do łucznictwa, wybrałam podstawowy program i całkiem dobrze mi poszło. Może jednak nie zginę jako pierwsza? Tuż za mną stanęła 'ta bystra' dziewczyna z 8. Miała wręcz ogniście rude włosy i kiedy przejęła ode mnie łuk, otworzyłam buzię z niedowierzania. Była szybka, zwinna i nie chybiała. Po krótkiej analizie oceniłam że jestem do bani. Rudowłosa uśmiechnęła się do mnie. Nie, nie przyjacielsko. To był wredny uśmieszek typu "i tak jestem lepsza, nie pokonasz mnie". Już chciałam jej przywalić ale przypomniały mi się słowa Lany. Tak więc dziewczyna z 8 będzie moim pierwszym celem, o ile przeżyje. Postanowiłam spróbować swoich sił przy rozpalaniu ogniska. O dziwo spotkałam tam ogromnego chłopaka z 10, uśmiechnął się do mnie, jednak nie tak jak 8. Był to przyjazny uśmiech. Przykucnęłam obok niego czekając aż skończy i sama ucząc się jak rozpalać ognisko. Po 3 nieudanych próbach, wreszcie mi się udało. Chciałam jeszcze podejść do stanowiska z nożami, ale Lana ogłosiła żebyśmy wracali już na swoje piętra. Szybko dogonił mnie Mike.
- I jak wrażenia? -spytał.
- Mam wrażenie że polegnę jako pierwsza -powiedziałam ze śmiechem. To nie powinno być zabawne, ale w takich chwilach..
- Nie pozwolę na to. - powiedział, pełen powagi.
- Lepiej chodźmy już do windy.
Dołączyli do nas jeszcze Alice i Haymitch i wspólnie wsiedliśmy do windy, udając się na kolację. Jechaliśmy w ciszy, niemal słyszałam swoje bicie serca. Na miejscu czekali już na nas Lesile i Hunter. Calla niestety gorzej się poczuła, za co kazała im nas przeprosić.
- Na prawdę chciała przyjść -kontynuowała Lesile.
- No trudno, możemy już coś zjeść? -spytałam zniecierpliwiona.
- Oczywiście.
Udaliśmy się w stronę jadalni gdzie czekały na nas najróżniejsze smakołyki i pyszności. Nie mieliśmy czasu rozmawiać, zajadając się nimi. Dopiero z pełnymi brzuchami, byliśmy gotowi na rozmowę.
- To jak pierwszy dzień? -spytał Hunter.
Nie miałam pojęcia co odpowiedzieć, że pewnie zginę jako pierwsza? Że nie mam szans z nimi? Nasunęło mi się miliard takich pytań. Miałam już dość.
_________________________________
Kolejny, nieco krótszy, postaram się w najbliższym czasie napisać coś dłuższego, obiecuje! <3 Dzięki wam za cierpliwość i liczę że zostawicie komentarze. ^^
niedziela, 20 kwietnia 2014
III
Przebudziłam się na twardej ziemi. No tak.. zapomniałam. Wszystko pamiętam jak przez mgłe, ta rozmowa z Mikem. Teraz dociera do mnie jaką obrał taktykę. Zna mnie bardzo dobrze i wie że teraz nie będę w stanie go zabić, a ta rozmowa miała za cel tylko mnie rozkojarzyć. A może były to prawdziwe słowa? Maysi uspokój się, powtarzałam sobie w duchu. Przez te igrzyska stracę zdrowie psychiczne. Szybko odgarnęłam z siebie kilka liści i zbiegłam do swojego pokoju. Miałam zamiar wziąść szybką i orzeźwiającą kąpiel, ale niestety nawet prysznice w Kapitolu są dziwaczne. Klikałam na oślep w przyciski i chwilę potem ogarnęła mnie na zmianę gorąca i zimna woda wraz z miętowym mydłem. Błyskawicznie się wytarłam i przebrałam w czyste ubranie. Kiedy już miałam wychodzić, zerknęłam na zegarek. O boże przecież jest dopiero 4 nad ranem! To dlatego jestem taka zmęczona. Po kilku nieudanych próbach zaśnięcia, postanowiłam przejść się po naszym piętrze. Przez długi korytarz ciągnęły się sypialnie, na końcu korytarza były znane mi schody na taras. Po drugiej stronie znajdowała się jadalnia. Po chwili dopiero dostrzegłam jakieś miganie. Podeszłam bliżej, gotowa do ataku. Chociaż tak w sumie.. kto chciałby teraz zabić trybutkę? Uspokoiłam się i podeszłam bliżej. Okazało się że nie tylko ja mam problemy ze snem. Wgapiony w telewizor Haymitch nawet mnie nie zauważył. Oglądał powtórki z poprzednich igrzysk. Dopiero przy skrzypieniu kanapy zwrócił na mnie uwagę.
-Nie możesz zasnąć skarbie? -zaczęłam się przyzwyczajać do jego arogancji w głosie.
-A ty? -zapytałam pewnie. -Po co to oglądasz? Mnie aż ciarki przechodzą.. -zadałam kolejne pytanie, nie czekając na odpowiedź.
-Jakby to ująć.. nie chce zginąć pierwszy -uśmiechnął się pod nosem. -Za tydzień, tak skończy 47 z nas.
Tym razem nie widziałam u niego uśmiechu. Pierwszy raz przybrał tak poważny wyraz twarzy. Nie wiedziałam co zrobić. Przysiadłam się do niego i zaczęłam oglądać. Krwawe i brutalne sceny, ciągle komentowane przez Flickermana i Templesmitha. W końcu dobiegła scena finałowa ostatnich igrzysk. Wielka walka między Banym, a Betti, oboje z 9 dystryktu. Aż dziwne że ich dwójka przetrwała do teraz, zazwyczaj wygrywają zawodowcy. Niektórzy mówili że od lat byli parą i gdy podczas dożynek wylosowali Betti, Bane od razu się zgłosił. Gdyby miał chociaż troche rozumu, właśnie patrzyłby jak jego dziewczyna wygrywa. Betti okazała się 'niewierna' i swoim nożem przebiła mu serce. Cały Kapitol aż huczał. Zwyciężczyni pare miesięcy po igrzyskach, ożeniła się z synem burmistrza tamtego dystryktu. Ciekawe czy kiedykolwiek miała wyrzuty sumienia czy coś w tym stylu. Z zamyślenia wyrwał mnie Haymitch.
-Może w tym roku 12 doczeka się zwycięzcy.. Ja jednak się położe. Do zobaczenia May -powiedział wychodząc z pokoju.
Chwila.. ON nazwał mnie MAY? Poczułam nagłą więź z nim. Może jednak nie jest taki zły jak się wydaje? Właśnie pokazywali ostatnie sceny triumfu trybutki z 9, kiedy moje oczy mimowolnie się zamknęły. Po chwili obudziła mnie cała gromadka, schodząca na śniadanie. Na śmierć zapomniałam, dzisiaj pierwszy trening.
-Powinniście zrobić jak najlepsze wrażenie. -już słyszałam z oddali irytujący głos Huntera. Przypomina mi trochę starszego Haymitcha..
-Dokładnie. Teraz zjedzcie coś pożywnego i ruszamy! -krzyknęła swoim piskliwym głosem Calla.
Nieuchronnie wszyscy zbliżali się w moją stronę. Najchętniej bym teraz gdzieś uciekła, schowała się. Dopiero teraz dochodzi do mnie myśl że czeka mnie nieuchronna śmierć. Dzisiaj po raz pierwszy stanę z moimi 47 rywalami twarzą w twarz. Moja psychika mocno ucierpiała przez to wszystko co się dzieje teraz..Wszyscy siedliśmy do wspólnego śniadania. Hunter i Lesile próbowali podtrzymać rozmowę, lecz każdy z nas był tak nie tyle co przerażony, ale zniecierpliwiony. Wszyscy pomimo relacji z dożynek, chcieliśmy wiedzieć z kim za parę dni na arenie będzie nam dane stoczyć walkę na śmierć i życie. Mike niepewnie uśmiechnął się do mnie w drodze do windy. Doskonale znałam ten uśmiech, wręcz go uwielbiałam. Droga z 12 piętra, na podziemia trwała za krótko. W tym czasie Calla dała nam kilka cennych wskazówek. Kiedy drzwi windy otworzyły się, nie mogłam uwierzyć własnym oczom..
_______________________
Przepraszam że tak długo mnie nie było, no wiecie nauka i te sprawy ;dd W związku z tym że powyższy rozdział jest dość krótki, jutro postaram się dodać kolejny. Ogółem przez ten okres wolny, postaram się być nieco aktywniejsza na blogu i dzięki wszystkim za cierpliwość! :D
-Nie możesz zasnąć skarbie? -zaczęłam się przyzwyczajać do jego arogancji w głosie.
-A ty? -zapytałam pewnie. -Po co to oglądasz? Mnie aż ciarki przechodzą.. -zadałam kolejne pytanie, nie czekając na odpowiedź.
-Jakby to ująć.. nie chce zginąć pierwszy -uśmiechnął się pod nosem. -Za tydzień, tak skończy 47 z nas.
Tym razem nie widziałam u niego uśmiechu. Pierwszy raz przybrał tak poważny wyraz twarzy. Nie wiedziałam co zrobić. Przysiadłam się do niego i zaczęłam oglądać. Krwawe i brutalne sceny, ciągle komentowane przez Flickermana i Templesmitha. W końcu dobiegła scena finałowa ostatnich igrzysk. Wielka walka między Banym, a Betti, oboje z 9 dystryktu. Aż dziwne że ich dwójka przetrwała do teraz, zazwyczaj wygrywają zawodowcy. Niektórzy mówili że od lat byli parą i gdy podczas dożynek wylosowali Betti, Bane od razu się zgłosił. Gdyby miał chociaż troche rozumu, właśnie patrzyłby jak jego dziewczyna wygrywa. Betti okazała się 'niewierna' i swoim nożem przebiła mu serce. Cały Kapitol aż huczał. Zwyciężczyni pare miesięcy po igrzyskach, ożeniła się z synem burmistrza tamtego dystryktu. Ciekawe czy kiedykolwiek miała wyrzuty sumienia czy coś w tym stylu. Z zamyślenia wyrwał mnie Haymitch.
-Może w tym roku 12 doczeka się zwycięzcy.. Ja jednak się położe. Do zobaczenia May -powiedział wychodząc z pokoju.
Chwila.. ON nazwał mnie MAY? Poczułam nagłą więź z nim. Może jednak nie jest taki zły jak się wydaje? Właśnie pokazywali ostatnie sceny triumfu trybutki z 9, kiedy moje oczy mimowolnie się zamknęły. Po chwili obudziła mnie cała gromadka, schodząca na śniadanie. Na śmierć zapomniałam, dzisiaj pierwszy trening.
-Powinniście zrobić jak najlepsze wrażenie. -już słyszałam z oddali irytujący głos Huntera. Przypomina mi trochę starszego Haymitcha..
-Dokładnie. Teraz zjedzcie coś pożywnego i ruszamy! -krzyknęła swoim piskliwym głosem Calla.
Nieuchronnie wszyscy zbliżali się w moją stronę. Najchętniej bym teraz gdzieś uciekła, schowała się. Dopiero teraz dochodzi do mnie myśl że czeka mnie nieuchronna śmierć. Dzisiaj po raz pierwszy stanę z moimi 47 rywalami twarzą w twarz. Moja psychika mocno ucierpiała przez to wszystko co się dzieje teraz..Wszyscy siedliśmy do wspólnego śniadania. Hunter i Lesile próbowali podtrzymać rozmowę, lecz każdy z nas był tak nie tyle co przerażony, ale zniecierpliwiony. Wszyscy pomimo relacji z dożynek, chcieliśmy wiedzieć z kim za parę dni na arenie będzie nam dane stoczyć walkę na śmierć i życie. Mike niepewnie uśmiechnął się do mnie w drodze do windy. Doskonale znałam ten uśmiech, wręcz go uwielbiałam. Droga z 12 piętra, na podziemia trwała za krótko. W tym czasie Calla dała nam kilka cennych wskazówek. Kiedy drzwi windy otworzyły się, nie mogłam uwierzyć własnym oczom..
_______________________
Przepraszam że tak długo mnie nie było, no wiecie nauka i te sprawy ;dd W związku z tym że powyższy rozdział jest dość krótki, jutro postaram się dodać kolejny. Ogółem przez ten okres wolny, postaram się być nieco aktywniejsza na blogu i dzięki wszystkim za cierpliwość! :D
piątek, 21 marca 2014
II
No to jedziemy. Widziałam tylko ten uśmieszek Haymitcha. Po chwili już nic nie widziałam. To całe oświetlenie.. oślepia. Otaczają nas wrzeszczący ludzie, po ich ubiorze widać że są z Kapitolu. Jeden z nich wygląda jak kot, drugi ma fioletową skórę, a trzeci jest cały wytatuowany. Jak można coś takiego zrobić swojemu ciału? Cała parada przemija nad moimi rozmyśleniami o ubiorze kapitolczyków. Otrząsam się kiedy mój towarzysz szturcha mnie w rękę. A to już! Widzę jak na podest wychodzi Snow. Te jego fałszywe oczy. Przypomina mi węża.
-Witajcie trybuci! Pomyślnych głodowych igrzysk, i niech los zawsze wam sprzyja! -mówi tym swoim głosem. Różni się od ludzi w kapitolu, nie mówi z tym śmiesznym akcentem. Aż naszła mnie myśl.. czy może kiedyś on przeżył igrzyska? To niemożliwe. Przecież zaprzestałby. Chociaż kto wie. Po trupach do celu. Zaraz po tej myśli rydwany zawracają i wracamy nadal przez tłum krzyczących kapitolczyków. Skąd oni biorą tyle energii?
-Wypadliście świetnie! -wykrzyknęła mi Petty do ucha. Faktycznie było tutaj głośno, ale nie aż tak żeby uszkodzić mi słuch..
-Oh, nie żartuj sobie -wcięła się Calla -Przeszli niezauważeni jak zwykle. Mam nadzieje że w następnym roku dostanę lepszy dystrykt -powiedziała patrząc się nam prosto w oczy.
-No to sobie idź -powiedziałam do niej. Mam już dosyć jej wyżalania się o tym jacy my to jesteśmy nudni.
-I tak zrobię! -krzyknęła do mnie wchodząc do windy. Od razu cała reszta zaczyna mnie atakować..
-Musisz ją przeprosić Meysille -mówi Lesile.
-Źle postąpiłaś -wtrąca się Hunter.
-A według mnie -zaczyna Haymitch obojętnym tonem -Całkiem nieźle jej poszło -mówiąc to mrugnął do mnie. a może mi się zdawało. Przez te igrzyska popadam w paranoje.
-To jak, idziemy do windy, buntowniku? -pyta Haymitch z uśmiechem.
-Z przyjemnością. -mówię kierując się do windy. Nie spodziewałam się takiego zachowania z jego strony. Myślałam że tym bardziej zmiesza mnie z błotem. Przeciez na litość boską, on mnie nienawidzi!
-Serio myśle że dobrze powiedziałaś -wyrywa mnie z zamyślenia głos Haymitcha. -Nie ma prawa nas upokarzać -mówi niemal niesłyszalnym głosem. W odpowiedzi tylko lekko pokiwałam głową. Kiedy już znajdujemy się na naszym piętrze, podchodzi do mnie Alice
-Chodź, przeproś ją co ci szkodzi? A ona wygląda na zdruzgotaną.. -powiedziała z niepokojem w głosie. Super. A uważałam ją za kogoś z kim mogę pogadać. Najwidoczniej ona też nabrała się na te sztuczki.
-Okej, to chodźmy do niej. -powiedziałam zachęcająco. Nie miałam najmniejszej ochoty jej przepraszać. Przecież to ona nas upokarza na każdym kroku. Po dotarciu do jadalni, zaczynam swoje iście obfite przeprosiny. Calla coś tam jeszcze psioczy pod nosem i zaczynamy jeść kolacje, wszyscy w 7. Hunter zaczyna nam opowiadać o treningu, zasadach, ciekawostkach, o swoim pobycie na arenie. Czas tak szybko upłynął że nawet nie zauważyłam kiedy była już 1 w nocy. Pożegnałam się z wszystkimi i poszłam do siebie. Wzięłam szybki prysznic, tym razem płyn był o zapachu pomarańczy. Już miałam się kłaść i ktoś zapukał do drzwi..
-Otwarte! -krzyknęłam. W drzwiach stanął Mike. Czułam jak wszystko mi się przekręca, zrobiło mi się słabo, cała zbledłam. Czyżby chciał się zabić, zemścić? Dlaczego to musi być takie skomplikowane?
-Jeszcze nie śpisz..? -zapytał niepewnie.
-Jak widać. -odpowiadam arogancko.
-Pomyślałem że moglibyśmy się wybrać na dach, jest cudowny widok, musisz to zobaczyć. - mam tylko nadzieje że on nie chce mnie stamtąd zepchnąć, bez świadków, bez nikogo. -To jak, idziemy? -ponowił pytanie.
-Jasne. -odpowiedziałam ubierając sweter. Myślałam że droga będzie dłuższa, lecz i tak ten czas ciągnął się w nieskończoność. Panowała między nami cisza. A kiedyś nie mogliśmy przestać rozmawiać.. Kiedy dochodzimy na dach oszałamia mnie piękno, zarówno Kapitolu jak i roślin. Niesamowite miejsce, szkoda że wcześniej go nie odkryłam.
-Chciałbym cie przeprosić.. -zaczął widząc moje zainteresowanie widokami.
-Za co?
-Za krzywdę którą ci wyrządziłem, za te słowa.. za kłótnie i za wszystko.. -mówi ze łzami w oczach. Poznaje kiedy kłamie. Jest ze mną w 100% szczery.
-Ja też przepraszam Mike.. -mówię szlochając. Cholera Maysi nie rozklejaj się.. Odruchowo przytuliłam się do niego.
-Brakowało mi Ciebie. -szepcze.
-Mi ciebie też Mike.. Coś mnie ominęło? W sensie masz jakąś dziewczynę czy coś? -mówię z uśmiechem. Nie gadaliśmy ponad rok, a dokładnie od ostatnich dożynek.
*Razem z rodzicami, Jaredem i Ment wracamy do domu. Na szczęście w tym roku cholerny Kapitol nas oszczędził. Niestety Mike nie miał tyle szczęścia. Wybrali jego dziewczynę Delly. Wiem że będzie wściekły, nie będzie chciał z nami świętować.. A rok temu wybrali jego młodszego brata, Craya, miał zaledwie 12 lat. Tuż po naszej corocznej uroczystej kolacji wychodzę na łąkę, tym razem sama czekając na Mike'a. Mam nadzieje że się zjawi..
-Nie mam nastroju. -mówi na powitanie.
-Tak, Mike mi ciebie też miło widzieć -mówię z uśmiechem. -Przykro mi z powodu Delly.
-Gdyby było Ci przykro może zgłosiłabyś się za nią, co? -mówi rozgniewany.
-Czyli.. chciałbyś siedzieć teraz z tą suką, a ja mogę sobie umierać?! -nie rozumiałam.. on nigdy taki nie był.
-A żebyś wiedziała! Leć sobie do tego całego Dana!
-Dan to mój przyjaciel, tak jak ty! Nie rozumiem dlaczego zawsze się go czepiasz..
-A ty dlaczego czepiałaś się Delly? Teraz jesteś zadowolona? Ona nie wróci rozumiesz? NIE WRÓCI! -zaczął szlochać -Mogłaś ją ocalić Maysi, wiesz że ją kochałem.
-Miałam się poświęcić dla osoby która nic dla mnie nie znaczy? Mike, ochłoń. -działał mi na nerwy. to ja miałam sobie umierać na arenie a on by się obściskiwał z jakąś Delly..
-Ale dla mnie znaczyła wszystko! Już ochłonąłem i nie rozumiem co tutaj jeszcze robię..
-To idź, droga wolna! Leć tam za swoją Delly.
-A miałem się zgłosić!
-To czemu tego nie zrobiłeś? -pytam z nutą kpiny w głosie.
-Bo myślałem że się przyjaźnimy.. że..
-Jak widać już nie.
-Okej, sama tego chciałaś. Żegnaj.
Potem widziałam tylko przez zaszklone oczy jak odchodził. Teraz będę musiała zacząć nowe życie, bez Mike. On już nie powinien być dla mnie ważny*
W odpowiedzi dostaję tylko ciszę.
-Oh, przepraszam. Ja.. nie powinnam.
-Nie, May nie znalazłem jeszcze 'tej jedynej' i pewnie dzięki igrzyskom nie znajdę. -mówi uśmiechając się.
-Kapitol odbiera nam prawo do życia.
-No bywa. Maysi chodźmy, już serio jest późno. -wstaje i wyciąga do mnie rękę.
-Ja tu chyba dzisiaj zostanę..
-To dobranoc May. Tęskniłem.
-Ja też, dobranoc Mike.
Chwilę po jego wyjściu pogrążyłam się w ciemności..
-Witajcie trybuci! Pomyślnych głodowych igrzysk, i niech los zawsze wam sprzyja! -mówi tym swoim głosem. Różni się od ludzi w kapitolu, nie mówi z tym śmiesznym akcentem. Aż naszła mnie myśl.. czy może kiedyś on przeżył igrzyska? To niemożliwe. Przecież zaprzestałby. Chociaż kto wie. Po trupach do celu. Zaraz po tej myśli rydwany zawracają i wracamy nadal przez tłum krzyczących kapitolczyków. Skąd oni biorą tyle energii?
-Wypadliście świetnie! -wykrzyknęła mi Petty do ucha. Faktycznie było tutaj głośno, ale nie aż tak żeby uszkodzić mi słuch..
-Oh, nie żartuj sobie -wcięła się Calla -Przeszli niezauważeni jak zwykle. Mam nadzieje że w następnym roku dostanę lepszy dystrykt -powiedziała patrząc się nam prosto w oczy.
-No to sobie idź -powiedziałam do niej. Mam już dosyć jej wyżalania się o tym jacy my to jesteśmy nudni.
-I tak zrobię! -krzyknęła do mnie wchodząc do windy. Od razu cała reszta zaczyna mnie atakować..
-Musisz ją przeprosić Meysille -mówi Lesile.
-Źle postąpiłaś -wtrąca się Hunter.
-A według mnie -zaczyna Haymitch obojętnym tonem -Całkiem nieźle jej poszło -mówiąc to mrugnął do mnie. a może mi się zdawało. Przez te igrzyska popadam w paranoje.
-To jak, idziemy do windy, buntowniku? -pyta Haymitch z uśmiechem.
-Z przyjemnością. -mówię kierując się do windy. Nie spodziewałam się takiego zachowania z jego strony. Myślałam że tym bardziej zmiesza mnie z błotem. Przeciez na litość boską, on mnie nienawidzi!
-Serio myśle że dobrze powiedziałaś -wyrywa mnie z zamyślenia głos Haymitcha. -Nie ma prawa nas upokarzać -mówi niemal niesłyszalnym głosem. W odpowiedzi tylko lekko pokiwałam głową. Kiedy już znajdujemy się na naszym piętrze, podchodzi do mnie Alice
-Chodź, przeproś ją co ci szkodzi? A ona wygląda na zdruzgotaną.. -powiedziała z niepokojem w głosie. Super. A uważałam ją za kogoś z kim mogę pogadać. Najwidoczniej ona też nabrała się na te sztuczki.
-Okej, to chodźmy do niej. -powiedziałam zachęcająco. Nie miałam najmniejszej ochoty jej przepraszać. Przecież to ona nas upokarza na każdym kroku. Po dotarciu do jadalni, zaczynam swoje iście obfite przeprosiny. Calla coś tam jeszcze psioczy pod nosem i zaczynamy jeść kolacje, wszyscy w 7. Hunter zaczyna nam opowiadać o treningu, zasadach, ciekawostkach, o swoim pobycie na arenie. Czas tak szybko upłynął że nawet nie zauważyłam kiedy była już 1 w nocy. Pożegnałam się z wszystkimi i poszłam do siebie. Wzięłam szybki prysznic, tym razem płyn był o zapachu pomarańczy. Już miałam się kłaść i ktoś zapukał do drzwi..
-Otwarte! -krzyknęłam. W drzwiach stanął Mike. Czułam jak wszystko mi się przekręca, zrobiło mi się słabo, cała zbledłam. Czyżby chciał się zabić, zemścić? Dlaczego to musi być takie skomplikowane?
-Jeszcze nie śpisz..? -zapytał niepewnie.
-Jak widać. -odpowiadam arogancko.
-Pomyślałem że moglibyśmy się wybrać na dach, jest cudowny widok, musisz to zobaczyć. - mam tylko nadzieje że on nie chce mnie stamtąd zepchnąć, bez świadków, bez nikogo. -To jak, idziemy? -ponowił pytanie.
-Jasne. -odpowiedziałam ubierając sweter. Myślałam że droga będzie dłuższa, lecz i tak ten czas ciągnął się w nieskończoność. Panowała między nami cisza. A kiedyś nie mogliśmy przestać rozmawiać.. Kiedy dochodzimy na dach oszałamia mnie piękno, zarówno Kapitolu jak i roślin. Niesamowite miejsce, szkoda że wcześniej go nie odkryłam.
-Chciałbym cie przeprosić.. -zaczął widząc moje zainteresowanie widokami.
-Za co?
-Za krzywdę którą ci wyrządziłem, za te słowa.. za kłótnie i za wszystko.. -mówi ze łzami w oczach. Poznaje kiedy kłamie. Jest ze mną w 100% szczery.
-Ja też przepraszam Mike.. -mówię szlochając. Cholera Maysi nie rozklejaj się.. Odruchowo przytuliłam się do niego.
-Brakowało mi Ciebie. -szepcze.
-Mi ciebie też Mike.. Coś mnie ominęło? W sensie masz jakąś dziewczynę czy coś? -mówię z uśmiechem. Nie gadaliśmy ponad rok, a dokładnie od ostatnich dożynek.
*Razem z rodzicami, Jaredem i Ment wracamy do domu. Na szczęście w tym roku cholerny Kapitol nas oszczędził. Niestety Mike nie miał tyle szczęścia. Wybrali jego dziewczynę Delly. Wiem że będzie wściekły, nie będzie chciał z nami świętować.. A rok temu wybrali jego młodszego brata, Craya, miał zaledwie 12 lat. Tuż po naszej corocznej uroczystej kolacji wychodzę na łąkę, tym razem sama czekając na Mike'a. Mam nadzieje że się zjawi..
-Nie mam nastroju. -mówi na powitanie.
-Tak, Mike mi ciebie też miło widzieć -mówię z uśmiechem. -Przykro mi z powodu Delly.
-Gdyby było Ci przykro może zgłosiłabyś się za nią, co? -mówi rozgniewany.
-Czyli.. chciałbyś siedzieć teraz z tą suką, a ja mogę sobie umierać?! -nie rozumiałam.. on nigdy taki nie był.
-A żebyś wiedziała! Leć sobie do tego całego Dana!
-Dan to mój przyjaciel, tak jak ty! Nie rozumiem dlaczego zawsze się go czepiasz..
-A ty dlaczego czepiałaś się Delly? Teraz jesteś zadowolona? Ona nie wróci rozumiesz? NIE WRÓCI! -zaczął szlochać -Mogłaś ją ocalić Maysi, wiesz że ją kochałem.
-Miałam się poświęcić dla osoby która nic dla mnie nie znaczy? Mike, ochłoń. -działał mi na nerwy. to ja miałam sobie umierać na arenie a on by się obściskiwał z jakąś Delly..
-Ale dla mnie znaczyła wszystko! Już ochłonąłem i nie rozumiem co tutaj jeszcze robię..
-To idź, droga wolna! Leć tam za swoją Delly.
-A miałem się zgłosić!
-To czemu tego nie zrobiłeś? -pytam z nutą kpiny w głosie.
-Bo myślałem że się przyjaźnimy.. że..
-Jak widać już nie.
-Okej, sama tego chciałaś. Żegnaj.
Potem widziałam tylko przez zaszklone oczy jak odchodził. Teraz będę musiała zacząć nowe życie, bez Mike. On już nie powinien być dla mnie ważny*
W odpowiedzi dostaję tylko ciszę.
-Oh, przepraszam. Ja.. nie powinnam.
-Nie, May nie znalazłem jeszcze 'tej jedynej' i pewnie dzięki igrzyskom nie znajdę. -mówi uśmiechając się.
-Kapitol odbiera nam prawo do życia.
-No bywa. Maysi chodźmy, już serio jest późno. -wstaje i wyciąga do mnie rękę.
-Ja tu chyba dzisiaj zostanę..
-To dobranoc May. Tęskniłem.
-Ja też, dobranoc Mike.
Chwilę po jego wyjściu pogrążyłam się w ciemności..
Ogłoszeniaa ;d
To tak, mam nadzieje że już dzisiaj uda mi się napisać 2 rozdział, bo obecnie weny brak :c
Jeśli chodzi o takie sprawy bardziej organizacyjne; postaram się wrzucać na bloga rozdziały raz w tygodniu, może nawet czasem częściej, bo teraz dojdzie mi jeszcze szkoła .___________.
Miłego wieczoru trybuci! ;3
Jeśli chodzi o takie sprawy bardziej organizacyjne; postaram się wrzucać na bloga rozdziały raz w tygodniu, może nawet czasem częściej, bo teraz dojdzie mi jeszcze szkoła .___________.
Miłego wieczoru trybuci! ;3
środa, 19 marca 2014
I
-No to idziemy.. -powoli popchnęłam drzwi.
Z tego całego stresu zapomniałam się pożegnać w razie czego ze wszystkimi. Powoli razem z Ment idziemy na plac. Nawet to miejsce musieli nam zabrać. Podczas kiedy w inne dni tętni życiem, ludzie się tu śmieją, bawią, rozmawiają. Myślą że mogą wszystko. Powoli dochodzimy w milczeniu do nakłucia palca. O dziwo w milczeniu. Przecież zazwyczaj Ment nie zamyka się buzia. Każdego zmieniają te cholerne igrzyska. Po chwili dobiega do nas Nettle, tylko ona próbuje jakoś utrzymać radośniejszy ton.
-To jak? Nie mówcie że będziecie się tak smucić! Na pewno nas nie wybiorą, słyszycie? Na pewno. Mamy mniej karteczek niż ludzie ze złożyska. -powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach.
Cała ona, niczym się nie martwi. Już miałam coś powiedzieć, kiedy dość silnie ktoś mnie szturchnął.
-Ekem! Może jakieś przepraszam? -krzyknęłam z oburzeniem.
-No to czekam -powiedział arogancki chłopak. A no tak. To Haymitch Abernathy, chłopak ze złożyska, zbyt pewny siebie. Pewnie usłyszał to co mówiła Ment.
-Niby za co JA miałabym cie przepraszać? -zapytałam z kpiną w głosie.
-Za torowanie mi drogi, kochanie. -odpowiedział z tą swoją pewnością.
-Chodźcie dziewczyny.. -szepnęłam do nich. Mam już dość takich chłoptasi którzy sobie myślą że nie wiem kim są.. bogami? Że mogą wszystko? Przez to wszystko zapomniałam gdzie i po co jesteśmy. Szybko pokierowałyśmy się w kierunku miejsca gdzie się nas nakłuwa i traktuje jak zwierzęta. W sumie dużo się zgadza - my też idziemy na rzeź. Chwila ukłucia, przyłożenie palca do białej kartki i następny. Traktowanie ludzi rzeczowo.. Mam nadzieje że kiedyś to się skończy. Że ktoś będzie miał na tyle odwagi żeby postawić się Kapitolowi. Razem z Nettle i Ment ruszyłyśmy szybkim krokiem do miejsca wyznaczonego dla 15 letnich dziewczyn. Widzę tu dużo dzieci ze złożyska. Zaledwie grupka się wyróżnia. Rzecz jasna my, mamy blond włosy, niebieskie oczy i bladą cerę. Stoimy obok siebie trzymając się za ręce - taki nasz rytuał.. W tłumie dostrzegam Dana. Uśmiecha się niemrawo do mnie. Jest moim najlepszym przyjacielem. Pomijając rzecz jasna Ment i Nettle. Ostatnio jakoś nie rozmawialiśmy, przez dożynki. Mocno się posprzeczaliśmy. Próbuje się do niego uśmiechnąć i obracam głowę. Teraz mogą być wybrane nawet dwie z nas. Dopiero teraz dociera do mnie że mogę pójść na arenę. Przecież.. nie ma 100% pewności że tak nie będzie. Już po chwili wchodzi Calla w tym swoim okropnym liliowym stroju. Calla jest opiekunką naszego dystryktu. W tym roku przerosła samą siebie. Jest ubrana w liliową suknię. Dosłownie jest ubrana w LILĘ. Na jej tlenionych blond włosach widać bukiet lilii. Jak co roku zaczyna swoim piskliwym głosem;
-Witam, witam, witam! Pomyślnych igrzysk! I niech los zawsze wam sprzyja! -krzyczy do mikrofonu tym swoim piskliwym głosikiem. Wszystko byłoby okej gdyby nie ten jej kapitolski akcent. Po tych słowach podchodzi burmistrz i czyta o mrocznych dniach itd, itd. Co roku to samo. W pewnym momencie się wyłączyłam. Po chwili pokazują nam ten sam film 'przywieziony specjalnie z kapitolu'. I czuje ścisk w żołądku. O jezu. To zaraz! Nie dam rady, nie dam rady.. Maysi! Weź się w garść dasz radę.
-Panie pierwsze! -mówi Calla.
Wkłada rękę do misy, a w mojej głowie jest tylko 'byle nie ja, byle nie ja, byle nie ja..'. Po chwili wyciąga karteczkę. Powoli podchodzi do mikrofonu chcą dodać 'dramaturgi'. Ale przecież i bez tego wszyscy się boją.
-Alice Froin! -mówi, nadal z tym cholernym akcentem.
Znam ją, znam Alice. Pochodzi ze złożyska lecz często gadamy ze sobą w szkole, nie raz chodziła z nami na łąkę. Alice ma 15 lat, jest z naszej klasy. Wygląda jak typowy obywatel 12 dystryktu - szare oczy, ciemne włosy i śniada cera. Jest drobną dziewczyną. Można by pomyśleć że sobie nie poradzi, a tu niespodzianka. Alice była zmuszona przez swoją sytuację polować w lesie. Jest dobrze wyszkolona. Szkoda, ale przynajmniej to nie byłam ja. Ment i Nettle mocniej ściskają moją dłoń. Boje się, ale nie tak jak wcześniej. Calla mówi słowa otuchy do Alice, tak jak zawsze do każdego trybuta. Po chwili podchodzi do misy i znów wybiera karteczkę. Patrzę tępo przed siebie. Obym to nie była ja.. No proszę..
-Maysilee Donner! -krzyknęła. O boże. To nie możliwe. Ment zaczęła płakać, Nettle przytulać mnie, a ja? Nie wiedziałam co robić. To pomyłka. Halo. To nie mogę być ja.
-No dalej skarbie, chodź do nas! -mówi swoim 'słodkim' głosikiem Calla.
Wszystkie kamery, oczy i nie tylko są skierowane na mnie. Widzę Jareda, on też jest zaskoczony. Widzę zapłakaną mamę. Widzisz Kapitolu co robisz z ludźmi? Powoli wychodzę po schodkach, jakby wolniejszy krok oznaczał że puszczą mnie i będę mogła wrócić. Staję na podeście obok Alice. Widzę stąd zapłakaną Ment i Nettle. Chciałabym je teraz przytulić, pocieszyć.
-Teraz pora na panów! -mówi podekscytowanym głosem. Co jest w ogóle takiego radosnego w tych igrzyskach? Zabijanie małych dzieci? Płacz ludzi? Jeszcze nas upokarzają tym że musimy traktować to jak święto. Brawo, prezydencie, brawo. Godne posunięcie. W czasie moich przemyśleń nasza opiekunka zdążyła już wyjąć karteczkę z misy. Znów próbuje otoczyć sytuację dramaturgią swoim wolnym chodem. A może szybciej nie może chodzić? O tym nie pomyślałam. Trudno jest normalnie chodzić na 20cm szpilkach.
-Mike Ellison! -szczerzy się w swoim uśmieszku. Jakby radowało ją kolejne zabite dziecko.
Chwila.. o nie. Mike i ja na arenie. Super. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi. On się we mnie zakochał, ja go odrzuciłam. Idę na arenę z kimś kto chce mnie zabić. Już się cieszę. W dodatku Mike ma 17 lat. Jest to ciemnooki brunet z blond włosami, wysoki i wysportowany. Idealny morderca. Znowu przegapiłam moment wybierania nazwiska z misy i to gapiąc się na Mike. On również badał mnie wzrokiem. Trudno mi określić czy był to wzrok mordercy, czy może.. przyjaciela? Nie. Wątpie. I wtedy zamyślenia wyrywa mnie pokrzykiwanie Calli.
-Haymitch Abernathy!
Co? Super.Wychodzę na arenę z dziewczyną która wbije nóż w serce z odległości kilometra, chłopakiem który jest w stanie powalić mnie jedną ręką i Haymitchem który omal nie zabił mnie dziś rano. Lepiej być nie może.
-Oto trybuci 50 igrzysk głodowych, Alice Froin, Maysilee Donner, Mike Ellison i Haymitch Abernathy! -mówi z dumą w głosie.
Zaraz po jej słowach otaczają nas strażnicy i wchodzimy do pałacu sprawiedliwości. Szybko oddzielają nas od siebie i każdy idzie do wyznaczonego pokoju z towarzyszącym strażnikiem.Jakby bali się że uciekniemy. Nawet jeśli to..? Przecież i tak by nas złapali. Nie znam osoby której udałoby się uciec. Wchodzę do pokoju. Znajduje się tu duża sofa, dywan rozległy na całą powierzchnię pokoju i piękny obraz przedstawiający nasz 12 dystrykt. Wszystko wydaje się takie piękne. Dywan i sofa są uszyte z drogich materiałów, trudnych nawet dla mnie do określenia. Z chwili zamyślenia wyrywa mnie naciskanie klamki. Po chwili na szyję rzuca mi się Ment. Zaczynamy płakać. Zaraz po niej wchodzą rodzice i Jared. Opieram głowę na ramieniu Ment i obejmuje ramieniem mamę. Super, teraz ja będę musiała ich pocieszać.
-Musisz wygrać Maysi. -odzywa się mama.
-Ale mamo.. wiesz że będą lepsi ode mnie. Widziałaś Alice? Przecież.. -zawiesza mi się głos.
-Ale spróbuj. Przecież też jesteś w dobrej formie. -mówi z nadzieją w głosie.
Mama ma rację muszę spróbować.
-Maysi.. -tym razem to Ment. Widzę łzy w jej oczach. Nie mogę jej zawieść.
-Kocham Cię Ment -mówię łkając i od razu ją przytulam.
-Kocham was wszystkich! -mój głos zaczyna brzmieć desperancko.
-Dasz radę Maysi, wierzymy w ciebie -mówi Jared.
Rzucam mu pełne przekąsu spojrzenie. Przytulam go do siebie mocno i mówię ze śmiechem na ustach żeby wybrał sobie jakąś fajną dziewczynę. Od razu się rozwesela, podnosi mnie lekko i całuje w policzek.
-Przeżyj kochanie -mówi tata.
-Spróbuje, dla was. Kocham was bardzo. -jeszcze raz się razem przytulamy i muszą wychodzić. Czekam z niepokojem na Nettle. Zaraz po tej myśli wbiega i mocno mnie przytula.
-Nett, spokojnie przecież chyba nie żegnamy się na wieki! -mówie z lekkim uśmiechem.
Na to ona zaczyna jeszcze bardziej śmiać się i płakać. Stoimy tak jeszcze chwilkę aż nagle Nett zaczyna swoją paplaninę.
-Jak tylko dostaniesz się na arenę spróbuj zrobić dla siebie, lub znaleźć w RO procę. To może ci pomóc. Doskonale znasz jadalne i trujące rośliny, możesz to wykorzystać przeciwko nim. Szukaj wody. I przeżyj Maysi. Nie przeżyjemy tu bez Ciebie. -mówi łkając.
-Spróbuje. Dla was. Będę tęsknić Nett -zaczynam płakać.
-Maysi, mam coś dla ciebie. -mówi niepewnie.
Wsuwa mi do ręki broszkę.
-To jest kosogłos. Oby cię strzegł tam na arenie. Pomyśl o mnie jak tylko na niego spojrzysz. Jared dał mi go żebym dała go tobie. -mówi ocierając łzy. -Teraz musisz być twarda Maysi. Pokaż światu że nie można z tobą zadzierać! -mówi śmiejąc się.
-Dziękuje.. jemu też podziękuj. Czuwaj nad Ment. Boję się o nią.. -głos mi się urywa.
Chwilę później pojawiają się strażnicy. Jeszcze wykrzykujemy do siebie słowa pożegnania i drzwi się zamykają. Już nikogo się nie spodziewam. Więc tylko czekam aż ktoś mnie stąd zabierze. Ku mojemu zaskoczeniu w drzwiach stoi Dan. Z odruchu przytulam się do niego. On zaczyna gładzić mi plecy. Jedyne na co mnie stać to powiedzenie mu jednej rzeczy.
-Tęskniłam -mówię prawie niesłyszalnie.
On od razu promienieje, obok mnie na sofie i zaczyna przepraszać.
-Na prawdę nie chciałem żeby tak wyszło May. Nigdy sobie nie wybaczę że cię skrzywdziłem.
-Ale ja ci to wybaczam, przestań się obarczać winą, za kilka dni mogę być martwa. -mówie z lekkim uśmiechem na ustach.
-Nie mów tak nawet May. Niepotrzebnie zmarnowaliśmy tyle czasu na kłótnie.
-Z 48 przeżyje tylko 1. I wątpię żebym to była ja. Widziałeś? Mike, Haymitch... A nie mówiąc o tych z 1 i 2.. Pewnie są ogromni.
-Takie życie niskiej -mówi śmiejąc się. Też się zaczynam śmiać. Zawsze byłam 'tą najniższą'.
-Będę tęsknić Dan. -mówie wtulając się w niego.
-May, zanim odejdziesz.. musze ci coś powie... -przerywają mu strażnicy pokoju wyciągając do stąd.
-Maysi wróć tu dla mnie!. -wrzeszczy zza ich pleców.
Spróbuje wrócić. Dla Dana. Dla Nettle. Dla Ment. Dla rodziny. Jedynym rozwiązaniem byłoby ukryć się gdzieś do końca igrzysk. Ale to niemożliwe. Z pokoju zostaje wyciągnięta siłą i wyprowadzona z pałacu sprawiedliwości. Widzę rozpłakaną Alice, załamanego Mike'a i poddenerwowanego Haymitcha. Wszystkich prowadzą nas do pociągu. Jak to powiedziała Calla 'Pomimo tego że jesteście tu krótko, możecie cieszyć się dobrociami Kapitolu'. Ygh. Nienawidze jej. Każdy z nas poszedł w swoją stronę. Pokierowałam się na sam koniec wagonu. Widać dwunastkę oddalającą się od nas. Gdzieś tam jest mój dom. Właśnie tam powinnam być i świętować z resztą rodziny że nie zostałam wybrana. Teraz pewnie przysłonili okna. Ale jest i dobra rzecz w tym. Nie wybrali Ment ani Nettle. Bo tego już bym sobie nie wybaczyła. Ba, zgłosiłabym się za nie. Kocham je nad życie. Z zamyślenia wyrywa mnie kobiecy głos.
-Piękny widok, prawda? -mówi pewnie. Odwracam się. To Leslie Siber. Wygrała 40 igrzyska, niesamowicie posługuje się mieczem i nożami.
-Nazywasz się Maysilee prawda? Jestem Leslie, twoja mentorka.
-Wiem kim jesteś -mówię obojętnie -Prawdopodobnie już tam nie wrócę.
-Martwi trybuci zawsze wracają w trumnach -mówi z uśmiechem. Jakby sprawiało jej to frajdę. -Rozchmurz się troche, do igrzysk jeszcze tydzień. Czekają cię trudniejsze zadania, takie jak przebywanie z Callą -mówi śmiejąc się.
Również się uśmiecham. Bez słowa wracamy do przedziału jadalnego, gdzie czekają na nas wszyscy.
-No ile można czekać! A grafik? Nie szanujecie mojego czasu! -mówi zrozpaczona Calla.
-Spokojnie byłyśmy się tylko odświeżyć -mówi z uśmiechem Lesile.
Reszta kolacji przebiega w milczeniu. Pod koniec rozmowę zaczyna nowo przybyta osoba - Hunter.
-Jak się wszyscy miewają? -mówi z przekąsem i obejmuje Lesile ramieniem. A no tak. Nasz drugi mentor. Aż wszyscy się dziwią że tak słaby dystrykt doczekał się dwóch zwycięzców. Hunter wygrał 33 igrzyska, dołączył do zawodowców - inaczej by nie przeżył. W Lesile zakochał się jak była jego podopieczną, robił wszystko by przeżyła jak widać ze znakomitym skutkiem. Po jej wygranej wiodą wspólne życie. O ile mentorowanie to jakieś życie.
-Całkiem nieźle -mówi Lesile, już ją lubię. -To Alice, Maysilee, Mike i Haymitch, nasi tegoroczni trybuci. -przedstawia nas z uśmiechem.
-Więc, jakie macie umiejętności? -pyta ze znudzeniem Hunter.
-Świetnie strzelam z łuku, posługuję się też całkiem dobrze nożem. -odpowiada Alice
-Nóż nie stanowi dla mnie problemu, znam się na roślinach oraz.. -wacham się, powiedzieć? może wezmą mnie za idiotkę.. -umiem nieźle strzelać z procy -mówię z przekonaniem.
-Dobrze władam mieczem, maczętą i włócznią. -mówi szybko Mike
-A ty Haymitch? -pyta Lesile.
-Wszystko czego się dotknę. -mówi arogancko Haymitch. Już go niecierpię.
-Jak uważasz.. Jutro rano powinniśmy już być w Kapitolu, każdy z was ma swój pokój. Teraz idźcie i się rozgośćcie, przebierzcie, wyśpijcie. To na tyle. -kończy Hunter.
Od razu kieruję się do wyznaczonego miejsca. Drzwi same otwierają się przede mną, a ja nie wiem na co patrzeć. W pokoju panuje kwiatowa woń, na przeciwko mnie znajduje się piękne, wielkie łóżko, po lewej widzę dużą szafę. Obok drzwi frontowych są drzwi prowadzące do łazienki. Kładę się na łóżku jednocześnie gładząc jego narzutę która zapewne jest więcej warta niż mój cały dom. Wyczuwam że jest uszyta z jedwabiu.. Jak umierać to na bogato, szepcze do siebie. Wchodzę do łazienki, szybko zrzucam z siebie granatową sukienkę od mamy. Kiedy jestem już pod prysznicem zaskakuje mnie ilość przycisków. Klikam pierwsze lepsze i rozkoszuje się zapachem truskawki, moje ciało płucze ciepła woda. Czuje się jak w niebie. Owijam się ręcznikiem i szukam dla siebie piżamy. Od razu znajduję zwiewny top i spodenki trzy-czwarte. Wracam do łóżka i okrywam się kołdrą z każdej strony. Chwilę rozmyślam nad domem, ale próbuje od siebie odseparować te myśli. Zaraz po tym ogarnia mnie ciemność.
Z hukiem otwierają się drzwi od mojego pokoju. Nie wierzę ile siły ma Calla.
-Ile można cię budzić?! Za kilka minut będziemy w Kapitolu! Przegapiłaś śniadanie! Nie szanujesz czyjegoś czasu, moja droga. -krzyczy i wychodzi. O jezu. Faktycznie nieźle pospałam. Nawet nie słyszałam jak mnie wołała. Szybko wstaje z łóżka, odbywam poranną toaletę, ubieram co wpadnie mi w ręce i szybko idę do naszej 'jadalni'. Reszta właśnie kończy jeść. Widzę że nie ma Haymitcha, też pewnie jeszcze śpi. Lesile i Hunter wołają nas żeby obejrzeć powtórki z dożynek. Wita nas oczywiście niezmienny jak co roku Ceasar Flickerman tym razem z habrowym odcieniem na włosach, brwiach i ustach mówi o dożynkach, wspomina o mrocznych dniach i przedstawia dożynki ze wszystkich dystryktów. Dystrykt 1; oczywiście wszyscy się zgłosili. W pamięć zapada mi chłopak i dziewczyna, są rodzeństwem. Nie pamiętam ich imion, ale obydwoje są blondynami, dobrze zbudowanymi. Dystrykt 2; kolejni ochotnicy, no nie kto by sie spodziewał. Pamiętam jedną dziewczynę, którą błagał jej chłopak żeby nie szła na tą rzeź. Ona walnęła go w twarz i poszła. Nazywa się Darla z tego co pamiętam. Na resztę dystryktów nie zwracam uwagi; albo załamane dzieci, albo ochotnicy. Zapadają mi jeszcze w pamięci dwie osoby; dziewczyna z 8, wygląda na sprytną i chłopak z 10 jest chyba najsilniejszy z wszystkich trybutów.. Mamy się czego bać. Na końcu pokazują nasz dystrykt. Wyglądam na zdziwioną. A powinnam być odważna. Maysi! Coś ty narobiła? W tle widać zapłakaną Ment i Nettle. Widziałam ból na twarzy Dana. Potem wychodzi Mike i Haymitch. Ceasar jak co roku podkreśla że trafili się świetni trybuci, kończy swoją żałosną przemowę i ekran gaśnie. W tym czasie ja wracam żeby coś zjeść. Siadam obok Haymitcha który dopiero co wstał.
-Jak się spało? -pytam od niechcenia.
-Lepiej śpi się z myślą że niebawem będzie się trupem -mówi z uśmieszkiem na ustach. Zaczynam się śmiać.
-Co? -pyta zdezorientowany
-Mówisz jak mój brat. -odpowiadam rozbawiona jego zmieszaniem. -Jak myślisz co nas czeka na arenie?
-Pewnie coś przy czym Kapitol będzie mógł się świetnie bawić. -mówi wzdychając. Ma rację. Reszte śniadania kończymy w ciszy. Już mam odchodzić od stołu i nagle zapada zupełna ciemność, ze strachu chwytam Haymitcha za rękę.
-To tylko ciemność, skarbie -odpowiada z tym swoim uśmieszkiem.
-Ja.. ja tylko.. -nie mam pojęcia co powiedzieć..
-Ty tylko jesteś na tyle przestraszona żeby mnie dotknąć, tak wiem. -mówi z uśmiechem.
W trakcie rozmowy okazuje się że wjechaliśmy w tunel prowadzący do Kapitolu, w którym już się znajdujemy. Podchodzę do okna z niedowierzaniem. Jest.. ogromny. Niby taki niesamowity a co roku morduje niewinnych. Głupi ludzie. Kiedy oni się otrząsną? Że igrzyska to nie zabawa? Zaczęłam zaciskać dłonie. Jak tak można, j a k ? Z zamyślenia wyrywa mnie Haymitch.
-Też tak sądze. Że ten cały kapitol, władze, ludzie. Pieprzyć to. -powiedział zupełnie jakby mi czytał w myślach.
-A od kiedy to umiesz czytać w myślach? -mówie robiąc krok do niego.
Odpowiada mi tylko pięknym uśmiechem i wchodzi. Sama również poszłam do siebie, lecz chwile później przyszła Calla.
-Czeka nas dziś wielki, wielki, wielki dzień! -piszczy radośnie.
Zaraz po wyjściu z pociągu transportują nas w jakieś miejsce, gdzie mamy się spotkać ze stylistami. Pewnie jak co roku na paradę ubiorą nas w te dziwaczne stroje górnicze. Nienawidzę ich za to. Moją stylistką jest przeurocza Petty. Przeurocza gdyż, co można powiedzieć o osobie w kolorze różu, ubranej w słodkie, cukierkowe sukienki? Aż dostaje cukrzycy. Widziałam ją wiele razy w telewizji. Pierw strażnicy kierują mnie do jak to nazwali 'ekipy przygotowawczej'? Że mają mnie przygotować zanim trafię do Petty. Jest ich trójka; Toto - o zielonej skórze, długich białych włosach i tatuażach na twarzy, Maryse - o lekko niebieskawym kolorze skóry, wygolonej głowie i dziwacznym makijażu oraz Connie - wydaje się być najnormalniejsza z grupy. Ma nieco zbyt wulgarne stroje i mocny makijaż ale nic po za tym. Polubiłam ją. Zaczynają od umycia mnie, depilowania itd. Nawet w czasie tych rzeczy przysnęłam. Musieli mnie budzić na spotkanie z Petty.
-Witaj słońce! -powitała mnie kapitolskim akcentem. -Nazywam się Petty, będę twoją stylistką słodka. -jeszcze raz powie słodka, słońce to się pożygam.. -Jako że pochodzisz z 12 dystryktu, będziesz ubrana w mundur górniczy, tak jak reszta twoich towarzyszy, kochana. To zaczynamy?
Niepewnie kiwnęłam głową. Górniczy strój? Na pewno nas zapamiętają. Oh z pewnością. Pierw jestem czesana i malowana. Mam zgrabnego kucyka i lekki makijaż, żeby ludzie mogli mnie poznać na arenie. Potem zakładam górniczy strój, kask na głowę i czuje się jak ostatnie dno. Wyglądam gorzej niż okropnie. Ale uśmiecham się i mówie Petty że jest cudownie. Schodzę w wyznaczone miejsce gdzie czekają na mnie Alice, Mike i Haymitch - wszyscy wyglądamy tak samo.
-To co do roboty! -mówię ze śmiechem. Wyglądamy jakbyśmy mieli zaraz zejść pod ziemię.
-Ruszamy. -mówi Alice.
Staję na rydwanie razem z Haymitchem z obawą że zostanę zrzucona. On tylko się pewnie do mnie uśmiecha.
-Oh, nie strące cię, skarbie -mówi rozbawiony.
-Powinieneś się bać że to ja cię strącę -odpowiadam z przekąsem.
-To czekam. -mówi rozbawiony.
Już miałam coś odpowiedzieć ale rydwany ruszyły, rozpoczęły się wrzaski i klaskanie widowni. To spektakl czas zacząć, pomyślałam.
___________________
Rozdział trochę długi, ale jak zaczęłam pisać to nie mogłam przestać xd
Z tego całego stresu zapomniałam się pożegnać w razie czego ze wszystkimi. Powoli razem z Ment idziemy na plac. Nawet to miejsce musieli nam zabrać. Podczas kiedy w inne dni tętni życiem, ludzie się tu śmieją, bawią, rozmawiają. Myślą że mogą wszystko. Powoli dochodzimy w milczeniu do nakłucia palca. O dziwo w milczeniu. Przecież zazwyczaj Ment nie zamyka się buzia. Każdego zmieniają te cholerne igrzyska. Po chwili dobiega do nas Nettle, tylko ona próbuje jakoś utrzymać radośniejszy ton.
-To jak? Nie mówcie że będziecie się tak smucić! Na pewno nas nie wybiorą, słyszycie? Na pewno. Mamy mniej karteczek niż ludzie ze złożyska. -powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach.
Cała ona, niczym się nie martwi. Już miałam coś powiedzieć, kiedy dość silnie ktoś mnie szturchnął.
-Ekem! Może jakieś przepraszam? -krzyknęłam z oburzeniem.
-No to czekam -powiedział arogancki chłopak. A no tak. To Haymitch Abernathy, chłopak ze złożyska, zbyt pewny siebie. Pewnie usłyszał to co mówiła Ment.
-Niby za co JA miałabym cie przepraszać? -zapytałam z kpiną w głosie.
-Za torowanie mi drogi, kochanie. -odpowiedział z tą swoją pewnością.
-Chodźcie dziewczyny.. -szepnęłam do nich. Mam już dość takich chłoptasi którzy sobie myślą że nie wiem kim są.. bogami? Że mogą wszystko? Przez to wszystko zapomniałam gdzie i po co jesteśmy. Szybko pokierowałyśmy się w kierunku miejsca gdzie się nas nakłuwa i traktuje jak zwierzęta. W sumie dużo się zgadza - my też idziemy na rzeź. Chwila ukłucia, przyłożenie palca do białej kartki i następny. Traktowanie ludzi rzeczowo.. Mam nadzieje że kiedyś to się skończy. Że ktoś będzie miał na tyle odwagi żeby postawić się Kapitolowi. Razem z Nettle i Ment ruszyłyśmy szybkim krokiem do miejsca wyznaczonego dla 15 letnich dziewczyn. Widzę tu dużo dzieci ze złożyska. Zaledwie grupka się wyróżnia. Rzecz jasna my, mamy blond włosy, niebieskie oczy i bladą cerę. Stoimy obok siebie trzymając się za ręce - taki nasz rytuał.. W tłumie dostrzegam Dana. Uśmiecha się niemrawo do mnie. Jest moim najlepszym przyjacielem. Pomijając rzecz jasna Ment i Nettle. Ostatnio jakoś nie rozmawialiśmy, przez dożynki. Mocno się posprzeczaliśmy. Próbuje się do niego uśmiechnąć i obracam głowę. Teraz mogą być wybrane nawet dwie z nas. Dopiero teraz dociera do mnie że mogę pójść na arenę. Przecież.. nie ma 100% pewności że tak nie będzie. Już po chwili wchodzi Calla w tym swoim okropnym liliowym stroju. Calla jest opiekunką naszego dystryktu. W tym roku przerosła samą siebie. Jest ubrana w liliową suknię. Dosłownie jest ubrana w LILĘ. Na jej tlenionych blond włosach widać bukiet lilii. Jak co roku zaczyna swoim piskliwym głosem;
-Witam, witam, witam! Pomyślnych igrzysk! I niech los zawsze wam sprzyja! -krzyczy do mikrofonu tym swoim piskliwym głosikiem. Wszystko byłoby okej gdyby nie ten jej kapitolski akcent. Po tych słowach podchodzi burmistrz i czyta o mrocznych dniach itd, itd. Co roku to samo. W pewnym momencie się wyłączyłam. Po chwili pokazują nam ten sam film 'przywieziony specjalnie z kapitolu'. I czuje ścisk w żołądku. O jezu. To zaraz! Nie dam rady, nie dam rady.. Maysi! Weź się w garść dasz radę.
-Panie pierwsze! -mówi Calla.
Wkłada rękę do misy, a w mojej głowie jest tylko 'byle nie ja, byle nie ja, byle nie ja..'. Po chwili wyciąga karteczkę. Powoli podchodzi do mikrofonu chcą dodać 'dramaturgi'. Ale przecież i bez tego wszyscy się boją.
-Alice Froin! -mówi, nadal z tym cholernym akcentem.
Znam ją, znam Alice. Pochodzi ze złożyska lecz często gadamy ze sobą w szkole, nie raz chodziła z nami na łąkę. Alice ma 15 lat, jest z naszej klasy. Wygląda jak typowy obywatel 12 dystryktu - szare oczy, ciemne włosy i śniada cera. Jest drobną dziewczyną. Można by pomyśleć że sobie nie poradzi, a tu niespodzianka. Alice była zmuszona przez swoją sytuację polować w lesie. Jest dobrze wyszkolona. Szkoda, ale przynajmniej to nie byłam ja. Ment i Nettle mocniej ściskają moją dłoń. Boje się, ale nie tak jak wcześniej. Calla mówi słowa otuchy do Alice, tak jak zawsze do każdego trybuta. Po chwili podchodzi do misy i znów wybiera karteczkę. Patrzę tępo przed siebie. Obym to nie była ja.. No proszę..
-Maysilee Donner! -krzyknęła. O boże. To nie możliwe. Ment zaczęła płakać, Nettle przytulać mnie, a ja? Nie wiedziałam co robić. To pomyłka. Halo. To nie mogę być ja.
-No dalej skarbie, chodź do nas! -mówi swoim 'słodkim' głosikiem Calla.
Wszystkie kamery, oczy i nie tylko są skierowane na mnie. Widzę Jareda, on też jest zaskoczony. Widzę zapłakaną mamę. Widzisz Kapitolu co robisz z ludźmi? Powoli wychodzę po schodkach, jakby wolniejszy krok oznaczał że puszczą mnie i będę mogła wrócić. Staję na podeście obok Alice. Widzę stąd zapłakaną Ment i Nettle. Chciałabym je teraz przytulić, pocieszyć.
-Teraz pora na panów! -mówi podekscytowanym głosem. Co jest w ogóle takiego radosnego w tych igrzyskach? Zabijanie małych dzieci? Płacz ludzi? Jeszcze nas upokarzają tym że musimy traktować to jak święto. Brawo, prezydencie, brawo. Godne posunięcie. W czasie moich przemyśleń nasza opiekunka zdążyła już wyjąć karteczkę z misy. Znów próbuje otoczyć sytuację dramaturgią swoim wolnym chodem. A może szybciej nie może chodzić? O tym nie pomyślałam. Trudno jest normalnie chodzić na 20cm szpilkach.
-Mike Ellison! -szczerzy się w swoim uśmieszku. Jakby radowało ją kolejne zabite dziecko.
Chwila.. o nie. Mike i ja na arenie. Super. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi. On się we mnie zakochał, ja go odrzuciłam. Idę na arenę z kimś kto chce mnie zabić. Już się cieszę. W dodatku Mike ma 17 lat. Jest to ciemnooki brunet z blond włosami, wysoki i wysportowany. Idealny morderca. Znowu przegapiłam moment wybierania nazwiska z misy i to gapiąc się na Mike. On również badał mnie wzrokiem. Trudno mi określić czy był to wzrok mordercy, czy może.. przyjaciela? Nie. Wątpie. I wtedy zamyślenia wyrywa mnie pokrzykiwanie Calli.
-Haymitch Abernathy!
Co? Super.Wychodzę na arenę z dziewczyną która wbije nóż w serce z odległości kilometra, chłopakiem który jest w stanie powalić mnie jedną ręką i Haymitchem który omal nie zabił mnie dziś rano. Lepiej być nie może.
-Oto trybuci 50 igrzysk głodowych, Alice Froin, Maysilee Donner, Mike Ellison i Haymitch Abernathy! -mówi z dumą w głosie.
Zaraz po jej słowach otaczają nas strażnicy i wchodzimy do pałacu sprawiedliwości. Szybko oddzielają nas od siebie i każdy idzie do wyznaczonego pokoju z towarzyszącym strażnikiem.Jakby bali się że uciekniemy. Nawet jeśli to..? Przecież i tak by nas złapali. Nie znam osoby której udałoby się uciec. Wchodzę do pokoju. Znajduje się tu duża sofa, dywan rozległy na całą powierzchnię pokoju i piękny obraz przedstawiający nasz 12 dystrykt. Wszystko wydaje się takie piękne. Dywan i sofa są uszyte z drogich materiałów, trudnych nawet dla mnie do określenia. Z chwili zamyślenia wyrywa mnie naciskanie klamki. Po chwili na szyję rzuca mi się Ment. Zaczynamy płakać. Zaraz po niej wchodzą rodzice i Jared. Opieram głowę na ramieniu Ment i obejmuje ramieniem mamę. Super, teraz ja będę musiała ich pocieszać.
-Musisz wygrać Maysi. -odzywa się mama.
-Ale mamo.. wiesz że będą lepsi ode mnie. Widziałaś Alice? Przecież.. -zawiesza mi się głos.
-Ale spróbuj. Przecież też jesteś w dobrej formie. -mówi z nadzieją w głosie.
Mama ma rację muszę spróbować.
-Maysi.. -tym razem to Ment. Widzę łzy w jej oczach. Nie mogę jej zawieść.
-Kocham Cię Ment -mówię łkając i od razu ją przytulam.
-Kocham was wszystkich! -mój głos zaczyna brzmieć desperancko.
-Dasz radę Maysi, wierzymy w ciebie -mówi Jared.
Rzucam mu pełne przekąsu spojrzenie. Przytulam go do siebie mocno i mówię ze śmiechem na ustach żeby wybrał sobie jakąś fajną dziewczynę. Od razu się rozwesela, podnosi mnie lekko i całuje w policzek.
-Przeżyj kochanie -mówi tata.
-Spróbuje, dla was. Kocham was bardzo. -jeszcze raz się razem przytulamy i muszą wychodzić. Czekam z niepokojem na Nettle. Zaraz po tej myśli wbiega i mocno mnie przytula.
-Nett, spokojnie przecież chyba nie żegnamy się na wieki! -mówie z lekkim uśmiechem.
Na to ona zaczyna jeszcze bardziej śmiać się i płakać. Stoimy tak jeszcze chwilkę aż nagle Nett zaczyna swoją paplaninę.
-Jak tylko dostaniesz się na arenę spróbuj zrobić dla siebie, lub znaleźć w RO procę. To może ci pomóc. Doskonale znasz jadalne i trujące rośliny, możesz to wykorzystać przeciwko nim. Szukaj wody. I przeżyj Maysi. Nie przeżyjemy tu bez Ciebie. -mówi łkając.
-Spróbuje. Dla was. Będę tęsknić Nett -zaczynam płakać.
-Maysi, mam coś dla ciebie. -mówi niepewnie.
Wsuwa mi do ręki broszkę.
-To jest kosogłos. Oby cię strzegł tam na arenie. Pomyśl o mnie jak tylko na niego spojrzysz. Jared dał mi go żebym dała go tobie. -mówi ocierając łzy. -Teraz musisz być twarda Maysi. Pokaż światu że nie można z tobą zadzierać! -mówi śmiejąc się.
-Dziękuje.. jemu też podziękuj. Czuwaj nad Ment. Boję się o nią.. -głos mi się urywa.
Chwilę później pojawiają się strażnicy. Jeszcze wykrzykujemy do siebie słowa pożegnania i drzwi się zamykają. Już nikogo się nie spodziewam. Więc tylko czekam aż ktoś mnie stąd zabierze. Ku mojemu zaskoczeniu w drzwiach stoi Dan. Z odruchu przytulam się do niego. On zaczyna gładzić mi plecy. Jedyne na co mnie stać to powiedzenie mu jednej rzeczy.
-Tęskniłam -mówię prawie niesłyszalnie.
On od razu promienieje, obok mnie na sofie i zaczyna przepraszać.
-Na prawdę nie chciałem żeby tak wyszło May. Nigdy sobie nie wybaczę że cię skrzywdziłem.
-Ale ja ci to wybaczam, przestań się obarczać winą, za kilka dni mogę być martwa. -mówie z lekkim uśmiechem na ustach.
-Nie mów tak nawet May. Niepotrzebnie zmarnowaliśmy tyle czasu na kłótnie.
-Z 48 przeżyje tylko 1. I wątpię żebym to była ja. Widziałeś? Mike, Haymitch... A nie mówiąc o tych z 1 i 2.. Pewnie są ogromni.
-Takie życie niskiej -mówi śmiejąc się. Też się zaczynam śmiać. Zawsze byłam 'tą najniższą'.
-Będę tęsknić Dan. -mówie wtulając się w niego.
-May, zanim odejdziesz.. musze ci coś powie... -przerywają mu strażnicy pokoju wyciągając do stąd.
-Maysi wróć tu dla mnie!. -wrzeszczy zza ich pleców.
Spróbuje wrócić. Dla Dana. Dla Nettle. Dla Ment. Dla rodziny. Jedynym rozwiązaniem byłoby ukryć się gdzieś do końca igrzysk. Ale to niemożliwe. Z pokoju zostaje wyciągnięta siłą i wyprowadzona z pałacu sprawiedliwości. Widzę rozpłakaną Alice, załamanego Mike'a i poddenerwowanego Haymitcha. Wszystkich prowadzą nas do pociągu. Jak to powiedziała Calla 'Pomimo tego że jesteście tu krótko, możecie cieszyć się dobrociami Kapitolu'. Ygh. Nienawidze jej. Każdy z nas poszedł w swoją stronę. Pokierowałam się na sam koniec wagonu. Widać dwunastkę oddalającą się od nas. Gdzieś tam jest mój dom. Właśnie tam powinnam być i świętować z resztą rodziny że nie zostałam wybrana. Teraz pewnie przysłonili okna. Ale jest i dobra rzecz w tym. Nie wybrali Ment ani Nettle. Bo tego już bym sobie nie wybaczyła. Ba, zgłosiłabym się za nie. Kocham je nad życie. Z zamyślenia wyrywa mnie kobiecy głos.
-Piękny widok, prawda? -mówi pewnie. Odwracam się. To Leslie Siber. Wygrała 40 igrzyska, niesamowicie posługuje się mieczem i nożami.
-Nazywasz się Maysilee prawda? Jestem Leslie, twoja mentorka.
-Wiem kim jesteś -mówię obojętnie -Prawdopodobnie już tam nie wrócę.
-Martwi trybuci zawsze wracają w trumnach -mówi z uśmiechem. Jakby sprawiało jej to frajdę. -Rozchmurz się troche, do igrzysk jeszcze tydzień. Czekają cię trudniejsze zadania, takie jak przebywanie z Callą -mówi śmiejąc się.
Również się uśmiecham. Bez słowa wracamy do przedziału jadalnego, gdzie czekają na nas wszyscy.
-No ile można czekać! A grafik? Nie szanujecie mojego czasu! -mówi zrozpaczona Calla.
-Spokojnie byłyśmy się tylko odświeżyć -mówi z uśmiechem Lesile.
Reszta kolacji przebiega w milczeniu. Pod koniec rozmowę zaczyna nowo przybyta osoba - Hunter.
-Jak się wszyscy miewają? -mówi z przekąsem i obejmuje Lesile ramieniem. A no tak. Nasz drugi mentor. Aż wszyscy się dziwią że tak słaby dystrykt doczekał się dwóch zwycięzców. Hunter wygrał 33 igrzyska, dołączył do zawodowców - inaczej by nie przeżył. W Lesile zakochał się jak była jego podopieczną, robił wszystko by przeżyła jak widać ze znakomitym skutkiem. Po jej wygranej wiodą wspólne życie. O ile mentorowanie to jakieś życie.
-Całkiem nieźle -mówi Lesile, już ją lubię. -To Alice, Maysilee, Mike i Haymitch, nasi tegoroczni trybuci. -przedstawia nas z uśmiechem.
-Więc, jakie macie umiejętności? -pyta ze znudzeniem Hunter.
-Świetnie strzelam z łuku, posługuję się też całkiem dobrze nożem. -odpowiada Alice
-Nóż nie stanowi dla mnie problemu, znam się na roślinach oraz.. -wacham się, powiedzieć? może wezmą mnie za idiotkę.. -umiem nieźle strzelać z procy -mówię z przekonaniem.
-Dobrze władam mieczem, maczętą i włócznią. -mówi szybko Mike
-A ty Haymitch? -pyta Lesile.
-Wszystko czego się dotknę. -mówi arogancko Haymitch. Już go niecierpię.
-Jak uważasz.. Jutro rano powinniśmy już być w Kapitolu, każdy z was ma swój pokój. Teraz idźcie i się rozgośćcie, przebierzcie, wyśpijcie. To na tyle. -kończy Hunter.
Od razu kieruję się do wyznaczonego miejsca. Drzwi same otwierają się przede mną, a ja nie wiem na co patrzeć. W pokoju panuje kwiatowa woń, na przeciwko mnie znajduje się piękne, wielkie łóżko, po lewej widzę dużą szafę. Obok drzwi frontowych są drzwi prowadzące do łazienki. Kładę się na łóżku jednocześnie gładząc jego narzutę która zapewne jest więcej warta niż mój cały dom. Wyczuwam że jest uszyta z jedwabiu.. Jak umierać to na bogato, szepcze do siebie. Wchodzę do łazienki, szybko zrzucam z siebie granatową sukienkę od mamy. Kiedy jestem już pod prysznicem zaskakuje mnie ilość przycisków. Klikam pierwsze lepsze i rozkoszuje się zapachem truskawki, moje ciało płucze ciepła woda. Czuje się jak w niebie. Owijam się ręcznikiem i szukam dla siebie piżamy. Od razu znajduję zwiewny top i spodenki trzy-czwarte. Wracam do łóżka i okrywam się kołdrą z każdej strony. Chwilę rozmyślam nad domem, ale próbuje od siebie odseparować te myśli. Zaraz po tym ogarnia mnie ciemność.
Z hukiem otwierają się drzwi od mojego pokoju. Nie wierzę ile siły ma Calla.
-Ile można cię budzić?! Za kilka minut będziemy w Kapitolu! Przegapiłaś śniadanie! Nie szanujesz czyjegoś czasu, moja droga. -krzyczy i wychodzi. O jezu. Faktycznie nieźle pospałam. Nawet nie słyszałam jak mnie wołała. Szybko wstaje z łóżka, odbywam poranną toaletę, ubieram co wpadnie mi w ręce i szybko idę do naszej 'jadalni'. Reszta właśnie kończy jeść. Widzę że nie ma Haymitcha, też pewnie jeszcze śpi. Lesile i Hunter wołają nas żeby obejrzeć powtórki z dożynek. Wita nas oczywiście niezmienny jak co roku Ceasar Flickerman tym razem z habrowym odcieniem na włosach, brwiach i ustach mówi o dożynkach, wspomina o mrocznych dniach i przedstawia dożynki ze wszystkich dystryktów. Dystrykt 1; oczywiście wszyscy się zgłosili. W pamięć zapada mi chłopak i dziewczyna, są rodzeństwem. Nie pamiętam ich imion, ale obydwoje są blondynami, dobrze zbudowanymi. Dystrykt 2; kolejni ochotnicy, no nie kto by sie spodziewał. Pamiętam jedną dziewczynę, którą błagał jej chłopak żeby nie szła na tą rzeź. Ona walnęła go w twarz i poszła. Nazywa się Darla z tego co pamiętam. Na resztę dystryktów nie zwracam uwagi; albo załamane dzieci, albo ochotnicy. Zapadają mi jeszcze w pamięci dwie osoby; dziewczyna z 8, wygląda na sprytną i chłopak z 10 jest chyba najsilniejszy z wszystkich trybutów.. Mamy się czego bać. Na końcu pokazują nasz dystrykt. Wyglądam na zdziwioną. A powinnam być odważna. Maysi! Coś ty narobiła? W tle widać zapłakaną Ment i Nettle. Widziałam ból na twarzy Dana. Potem wychodzi Mike i Haymitch. Ceasar jak co roku podkreśla że trafili się świetni trybuci, kończy swoją żałosną przemowę i ekran gaśnie. W tym czasie ja wracam żeby coś zjeść. Siadam obok Haymitcha który dopiero co wstał.
-Jak się spało? -pytam od niechcenia.
-Lepiej śpi się z myślą że niebawem będzie się trupem -mówi z uśmieszkiem na ustach. Zaczynam się śmiać.
-Co? -pyta zdezorientowany
-Mówisz jak mój brat. -odpowiadam rozbawiona jego zmieszaniem. -Jak myślisz co nas czeka na arenie?
-Pewnie coś przy czym Kapitol będzie mógł się świetnie bawić. -mówi wzdychając. Ma rację. Reszte śniadania kończymy w ciszy. Już mam odchodzić od stołu i nagle zapada zupełna ciemność, ze strachu chwytam Haymitcha za rękę.
-To tylko ciemność, skarbie -odpowiada z tym swoim uśmieszkiem.
-Ja.. ja tylko.. -nie mam pojęcia co powiedzieć..
-Ty tylko jesteś na tyle przestraszona żeby mnie dotknąć, tak wiem. -mówi z uśmiechem.
W trakcie rozmowy okazuje się że wjechaliśmy w tunel prowadzący do Kapitolu, w którym już się znajdujemy. Podchodzę do okna z niedowierzaniem. Jest.. ogromny. Niby taki niesamowity a co roku morduje niewinnych. Głupi ludzie. Kiedy oni się otrząsną? Że igrzyska to nie zabawa? Zaczęłam zaciskać dłonie. Jak tak można, j a k ? Z zamyślenia wyrywa mnie Haymitch.
-Też tak sądze. Że ten cały kapitol, władze, ludzie. Pieprzyć to. -powiedział zupełnie jakby mi czytał w myślach.
-A od kiedy to umiesz czytać w myślach? -mówie robiąc krok do niego.
Odpowiada mi tylko pięknym uśmiechem i wchodzi. Sama również poszłam do siebie, lecz chwile później przyszła Calla.
-Czeka nas dziś wielki, wielki, wielki dzień! -piszczy radośnie.
Zaraz po wyjściu z pociągu transportują nas w jakieś miejsce, gdzie mamy się spotkać ze stylistami. Pewnie jak co roku na paradę ubiorą nas w te dziwaczne stroje górnicze. Nienawidzę ich za to. Moją stylistką jest przeurocza Petty. Przeurocza gdyż, co można powiedzieć o osobie w kolorze różu, ubranej w słodkie, cukierkowe sukienki? Aż dostaje cukrzycy. Widziałam ją wiele razy w telewizji. Pierw strażnicy kierują mnie do jak to nazwali 'ekipy przygotowawczej'? Że mają mnie przygotować zanim trafię do Petty. Jest ich trójka; Toto - o zielonej skórze, długich białych włosach i tatuażach na twarzy, Maryse - o lekko niebieskawym kolorze skóry, wygolonej głowie i dziwacznym makijażu oraz Connie - wydaje się być najnormalniejsza z grupy. Ma nieco zbyt wulgarne stroje i mocny makijaż ale nic po za tym. Polubiłam ją. Zaczynają od umycia mnie, depilowania itd. Nawet w czasie tych rzeczy przysnęłam. Musieli mnie budzić na spotkanie z Petty.
-Witaj słońce! -powitała mnie kapitolskim akcentem. -Nazywam się Petty, będę twoją stylistką słodka. -jeszcze raz powie słodka, słońce to się pożygam.. -Jako że pochodzisz z 12 dystryktu, będziesz ubrana w mundur górniczy, tak jak reszta twoich towarzyszy, kochana. To zaczynamy?
Niepewnie kiwnęłam głową. Górniczy strój? Na pewno nas zapamiętają. Oh z pewnością. Pierw jestem czesana i malowana. Mam zgrabnego kucyka i lekki makijaż, żeby ludzie mogli mnie poznać na arenie. Potem zakładam górniczy strój, kask na głowę i czuje się jak ostatnie dno. Wyglądam gorzej niż okropnie. Ale uśmiecham się i mówie Petty że jest cudownie. Schodzę w wyznaczone miejsce gdzie czekają na mnie Alice, Mike i Haymitch - wszyscy wyglądamy tak samo.
-To co do roboty! -mówię ze śmiechem. Wyglądamy jakbyśmy mieli zaraz zejść pod ziemię.
-Ruszamy. -mówi Alice.
Staję na rydwanie razem z Haymitchem z obawą że zostanę zrzucona. On tylko się pewnie do mnie uśmiecha.
-Oh, nie strące cię, skarbie -mówi rozbawiony.
-Powinieneś się bać że to ja cię strącę -odpowiadam z przekąsem.
-To czekam. -mówi rozbawiony.
Już miałam coś odpowiedzieć ale rydwany ruszyły, rozpoczęły się wrzaski i klaskanie widowni. To spektakl czas zacząć, pomyślałam.
___________________
Rozdział trochę długi, ale jak zaczęłam pisać to nie mogłam przestać xd
Subskrybuj:
Posty (Atom)